Zła matka. Ayelet Waldman

IMG_9795Jak już wspominałam gdzie indziej, zgłosiłam się do konkursu na bloga roku. Teraz mnie od razu wydadzą, potem Nike, Nagroda Kościelskich, no i chyba Nobel – sky is the limit.
Ale już bez jaj, głosowanie zacznie się 12.01. i jeśli będzie Wam się chciało wysłać smsa, będzie fajnie.

Oczywiście zgodnie z prawem Murphy’ego w chwili zgłoszenia się do konkursu, powinnam stracić energię, wenę, albo jak panu Krabowi ze Spongeboba, z wrażenia powinny mi odpaść ręce.
Nic nie jest wykluczone, więc może zanim odpadną, machnę choć jedną notatkę, co?

Kiedy tylko usłyszałam o tej książce, zapragnęłam ją przeczytać. Zwykle unikam czytania czy oglądania dzieł, wokół których jest spory szum. Wiem, że to irracjonalne, ale naprawdę mam taką blokadę. Może dlatego, że kilkakrotnie nacięłam się dość szpetnie ;)
Po zastanowieniu stwierdzam, że ta reguła dotyczy tylko fikcji. Biografie, dokumenty, felietony mogą być otoczone zgiełkiem, a i tak po nie sięgnę.
Sięgnęłam więc i tym razem.
Od razu zaskoczyło mnie, że książka jest stosunkowo cienka. Przeczytałam ją w kilka godzin i w zasadzie czułam niedosyt.
Autorka dotykała ważnych kwestii, sama płakałam w którymś momencie (pamiętam, w którym, ale nie chcę opowiadać kolei życia autorki, bo może ktoś jeszcze nie czytał), ale po przeczytaniu całości naprawdę nie rozumiałam gdzie tu jest miejsce na oburzenie i skąd wziął się ten skandal wokół.

Teraz, kilka miesięcy po lekturze, nadal nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Ayelet Waldman twierdzi, że największe poruszenie wywołało jej stwierdzenie, że kocha męża bardziej niż dzieci.
Mam wrażenie, że w wielu rodzinach rzeczywiście to wokół dziecka kręci się świat – wystarczy poczytać niektóre blogi. Wygląda to tak, jakby niektórym kobietom facet był potrzebny tylko jako dawca nasienia, ale to w sumie ich problem – każdy sam ustala sobie priorytety i układa sobie życie.

Po przeczytaniu „Złej matki” nasunęło mi się kilka refleksji.
Zobaczyłam świat matek jako poligon i szkołę przetrwania w jednym.
Zobaczyłam ich życie jako jeden wielki wyrzut sumienia. Frustrację powodowaną opowieściami starszych kobiet na temat ich własnych porodów, w których to opowieściach z każdym rokiem zwiększa się tragizm, czas trwania skurczów i ilość lekarzy „wyciskających” dziecko z brzucha. A z każdym opowiedzeniem historii wody płodowe coraz bardziej zielenieją. (nasza córka urodziła się dwa tygodnie po terminie i nic mi nie zieleniało, ale widać nie mam odpowiedniego wyczucia dramatyzmu)

Główne bohaterki są jednak dzielne i nigdy nie krzyczą, ani nie biorą znieczulenia. Jak wówczas ma się czuć ta „słaba żałosna kobieta”, która drze japę na pół szpitala, wyjąc o znieczulenie? Cóż, zacznie pewnie z czasem tworzyć alternatywną historię własnego porodu, prawdą gnębiąc się w samotności. A potem ja, będąc na placu zabaw, mimowolnie wysłucham tej opowieści wygłaszanej do innej nowo poznanej matki niemowlaka. Czy kobietom się wydaje, że to naprawdę aż tak interesujące dla obcych?

Przyznaję, że uciekam przed większością matek na placach zabaw. Zwłaszcza jeśli zaczynają rozmowę od „ile ma? kiedy zaczęła chodzić?” – o mamo, nie pamiętam kiedy zaczęła chodzić – jak widać chodzi, więc jakie znaczenie ma data? „Ile ma zębów” A skąd mam to, na bogów wiedzieć? Przestałam liczyć po pierwszych ośmiu i to wcale nie dlatego, że to drugie dziecko – przy pierwszym było tak samo.

Kobiety najpierw same robią wszystko, by sprawiać wrażenie osób, którym hormony odebrały całkowitą zdolność logicznego myślenia, a potem mają pretensję, że młode matki odbiera się jako samice zainteresowane jedynie zawartością pieluchy. To że robią to sobie, mam gdzieś, ale taki obraz buduje stereotyp mlecznej kretynki i naprawdę cieszę się, że najprawdopodobniej nie będę mieć trzeciego dziecka i nikt mnie już do tego grona nie zaliczy. A przecież jest tyle normalnych, fajnych matek. Czemu w oczy rzucają się raczej te inne??

Macierzyństwo to temat wyzwalający ogromne emocje. I jak się okazuje każdy jest w temacie wychowania dzieci ekspertem i z ochotą wypunktuje matce popełnione na tym polu błędy.
Jeśli tym nie dobije młodej matki, może jej jeszcze polecić poradnik o byciu seksowną mamuśką i idealną panią domu. Smacznego.
Bo matka może, a nawet powinna wszystko.
Nierealne? Chcieć to móc – nie raz to słyszałaś. Tyle że nie zadowolisz wszystkich, więc mam dobrą radę – WYLUZUJ KOBIETO. Za jakiś czas, przynajmniej raz usłyszysz, że twoje dziecko cię nienawidzi; a jeśli do tego poczyta trochę psychologii, będzie dysponować setkami odpowiednich teorii na poparcie tezy, że ewidentnie zmarnowałaś mu życie.

Waldman dochodzi do wniosku, że dzieciom potrzeba po prostu wystarczająco dobrych matek. Warto być „matką, która robi, co w jej mocy, i wie, że to zupełnie wystarczy, nawet jeśli ostatecznie to, co w jej mocy, okaże się tylko niezłe”.

Więc drogie panie, nie róbmy sensacji :)
A książkę „Zła matka” warto przeczytać.

,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *