Zgorzkniała pizda. Maria Sveland

 

IMG_6834aW pierwszym odruchu pomyślałam, że bogata Szwedka, która narzeka na swoją sytuację to lekka przesada. Wstyd mi, bo zachowałam się jak ci wszyscy ludzie, którzy odbierają innym możliwość poskarżenia się czy wygadania, mówiąc „ech, problemy pierwszego świata” albo „chciałabym mieć takie problemy”.
Oczywiście, że sama też tak komentuję. Pod nosem.
Szczodrość to jednak luksusowa cecha, która istnieje tylko wówczas, gdy jest ci dobrze, zaznajesz miłości i jesteś traktowana sprawiedliwie.*”

Im gorzej się czuję, tym bardziej wredna jestem i staram się wówczas nie czytać za dużo w sieci, ani nie słuchać ludzi, bo co prawda nie uzewnętrzniam swoich odczuć, ale swoje (nieżyczliwe) myślę – tu zawsze sobie wyobrażam jak potwornie ze sobą i w swoim życiu muszą się czuć osoby wiecznie kogoś krytykujące i tak zwani hejterzy. Ogrom osobistego nieszczęścia.
No ale do tematu, do tematu.

„Zgorzkniała pizda” to opowieść o trzydziestoletniej młodej matce, w której życiu na pozór wszystko jest wspaniale. Ma kochającego męża, zdrowe dziecko, pieniądze i przyjaciół. O jej pracy jest tam dziwnie mało, ale widocznie nie jest to część życia, która najbardziej ją absorbuje (albo raczej nie absorbuje autorki).
Mimo tej pozornej sielanki, główna bohaterka się w istniejącym układzie dusi, uświadamia to sobie w tej samej chwili, gdy dociera do niej jak bardzo jest zgorzkniała. A przecież chciałaby być miłym człowiekiem, nie mieć pretensji do męża i świata. Tylko jak nie gorzknieć, gdy świat wcale nie promuje równości. Gdy zdanie „w krajach trzeciego świata można mówić o nierówności płci, wy macie nawet urlopy tacierzyńskie” ma zamknąć usta kobietom, które naiwnie marzą o rzeczywistej równości.
Tymczasem nawet znajome pary, które bardzo dbają o to, by „było sprawiedliwie”, mówią że ta wywalczona równość w związku kończy się z chwilą pojawienia się dzieci.
I nie jest to kwestia tylko tego, że ojcom biorącym urlopy tacierzyńskie prawie przyznaje się medale, choć nikt się nie zająknie, by docenić tę samą ‚robotę’ wykonywaną przez matkę. To także kwestia tego, co dotychczasowy (i miejmy nadzieję, że przemijający) porządek społeczny, patriarchat z nami zrobił. O ile nastąpiła całkiem spora zmiana w postrzeganiu kobiet, które nie mają dzieci, o tyle matki nadal żyją w trzecim świecie pod względem wolności wewnętrznej.
Jeżeli nawet pozornie wyzwolone kobiety z krajów skandynawskich mają wyrzuty sumienia biorąc kilka dni wolnego od dzieci, coś tu jest nie tak.
Pamiętacie Caitlin Moran? CZY FACECI TEŻ TAK MAJĄ?
Maria Sveland ma wątpliwości…. „Macierzyństwo jest tak strasznie obciążone powinnością i koniecznością wyrzeczenia się wszystkich swoich potrzeb, że nieustannie koliduje z najdrobniejszym pragnieniem wolności. Robię się zazdrosna. Ja też chcę kochać bez poczucia winy, tak jak mężczyźni! Tak, chcę zjeść ciastko i mieć ciastko. Chcę jednocześnie pracować, imprezować, podróżować, od czasu do czasu mieć czas tylko dla siebie i być mamą kochanego dziecka. Poświęcająca się matka w dalszym ciągu żyje w wielu z nas jako sprzeczny i znienawidzony ideał.*”

Jeśli chodzi o konstrukcję czy język, to nie jest jakaś rewelacyjna książka. Autorka stwarza fabułę, która co prawda mogła się wydarzyć, ale jest tam tyle drobnych zbiegów okoliczności, które pozwalają uwydatnić konkretne wątki… Jak znaczący sen, który się śni bohaterce, tylko po to, by mógł być punktem wyjścia dla jej przemyśleń. Końcówka przewidywalna, tytuł okropny, choć rozumiem zamysł – krzykliwy tytuł to plus 20 do sprzedaży.
A jednak mimo wszystko polecam tę książkę. Bo choć literacko bardzo bardzo średnia, autorka wpakowała w nią to wszystko, co ją samą gryzło.
Dla bezdzietnych mężczyzn może to być bełkot znudzonej bogatej Szwedki, ale kobiety, zwłaszcza te, dla których macierzyństwo było zaskoczeniem w kwestii „to ja już nigdy nie będę całkiem sobą? już zawsze będzie mnie dławić ta ogromna odpowiedzialność za drugiego człowieka?”, tak, takie kobiety znajdą tu coś dla siebie.
Czy nigdy w chwili koszmarnego zmęczenia nie pomyślałyście sobie, że w sumie rozwód i opieka naprzemienna to kusząca perspektywa?
Sveland twierdzi, że (cytuję z pamięci) za każdym mężczyzną sukcesu stoi ciężko pracująca żona, zaś za każdą kobietą sukcesu – rozwód.
Poza tym, też uważa, że te wszystkie codzienne pierdoły typu pranie-gotowanie zajmują stanowczo za dużo czasu, zwłaszcza gdy nie dzieli się tego po równo. Tak, wiem, w szczęśliwych domach naczynia myją się same, ale dlaczego ‚same’ ma w tym wypadku zwykle żeńską końcówkę?

* cytaty pochodzą z książki „Zgorzkniała pizda
Tu wstawiam link do tekstu w WO. Autorka chyba nie przewidziała, że nie wszędzie będzie można pisać wprost jaki tytuł ma jej książka.

Maria Sveland
Zgorzkniała pizda
Wydawnictwo Czarna Owca
Warszawa 2013

,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *