Zanim zasnę. S.J. Watson i trochę ode mnie

IMG_22112Jakiś czas temu dostałam od merlina powieściowy debiut pana nazwiskiem Watson.
Książka podobno ma stać się kanwą filmu Ridleya Scotta.

Wśród recenzji czytelników pojawił się zarzut, że fabuła jest kompletnie nieprawdopodobna. Po przeczytaniu „Mężczyzny, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” (polecam, także ze względu na tłumaczkę, która prywatnie wydaje się być bardzo interesującą osobą – pozdrawiam :)), wcale bym nie była taka pewna, że to się nie może zdarzyć.
No może trochę zbyt szybko wracają pewne obrazy, gdy akcja gęstnieje, ale pomysł jest niezły.

Główna bohaterka doświadczyła… wypadku, wskutek czego nie tworzy nowych wspomnień. Pamięta sporo spraw ze swojego życia przed wypadkiem, ale od jego czasu już nic. Budzi się co rano nie wiedząc gdzie się znajduje, z kim jest związana, ani le ma lat. Codziennie przeżywa ten sam koszmar, osoby bez tożsamości.
W miarę upływu godzin i pozyskiwania informacji na swój temat, uspokaja się, ale gdy tylko zapada w sen, wszystkie te świeżo pozyskane informacje traci.
Pewnego dnia odkrywa jednak, że od jakiegoś czasu prowadziła dla siebie dziennik. Zapiski, które miały jej pomóc przetrwać i może nawet być sposobem na uleczenie amnezji.
Tak się to wszystko zaczyna…

Nie będę Wam pisać, co było dalej. Sami sprawdźcie.
To książka, która doskonale pomaga oderwać się na chwilę od codzienności. Jeśli ktoś potrzebuje przez dobę pożyć nie swoim życiem, to będzie dobra lektura. Czyta się szybko, dobra do autobusu i dobra na plażę.
Przyznaję, że w pewnym momencie domyśliłam się jaka może być prawda, ale było interesująco, na tyle, bym chciała sprawdzić swoje przypuszczenia.
Nie jest wybitna, ale doskonale rozumiem dlaczego dobrze się sprzedaje. Jest niezła i wciąga. Czasem nie trzeba niczego więcej.

***
Niedawno trafiłam na badania na temat aktywności internautów. Obawiam się, że to się przekłada na ludzkość w ogóle.
Wygląda na to, że większość ludzi to bierni odbiorcy treści. Chętnie klikają „lubię to”, albo udostępniają interesujące ich zdaniem zdjęcia, czy artykuły, ale sami niczego nie tworzą.
W związku z powyższym firmy organizując konkursy, dają prezenty za „lajki” albo na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy”. Zdaję sobie sprawę, że firmy dostosowują się do odbiorców, bo to daje im pewność, że nawiążą jakiś tam kontakt. Przy czym „jakiś tam” jest w tym wypadku kluczowe, moim zdaniem.
Tyle że ja się na to nie godzę. Tym sposobem powstają kolejne reklamy dla kretynów, kolejne programy dla leniwych idiotów. Myślę sobie, że gdyby się taka firma postarała, mogłaby tworzyć coś na poziomie odrobinę wyższym, niż jej statystyczny klient. Tak, by odbiorca ceniący sobie produkt, musiał odrobinę do niego „doskoczyć”, czy dorosnąć. Gdyby podniósł się poziom odbiorców, znów można by serwować treści minimalnie trudniejsze. Może to nie jest łatwe i jest dość ryzykowne, ale może pozwoliłoby rozruszać jakiś procent odbiorców. Wyrwać ich z tego marazmu, wyciągnąć z szarej masy.
Nie wiem, tak sobie rozważam.
Zdaję sobie sprawę, że nie każda firma myśli długofalowo. Nie każdej chce się poświęcać czas i pieniądze na budowanie długotrwałych, ale wzbogacających obie strony relacji.
Ja nie jestem firmą. Nie mam dla Was towarów na sprzedaż, ale od lat przybywa mi fajnych, myślących czytelników.
Może chodzi o to, że lubię blogować i nie wciskam Wam kitu.
Obiecuję, że jeśli stworzę swoją zakurzoną firmę, to się nie zmieni ;)

Dobra, to do rzeczy.
I nie będzie chodzić o to, kto pierwszy polubi ten post.
Nie dostałam od merlina większej ilości egzemplarzy, żeby zrobić konkurs. Stwierdziłam jednak, że mogę oddać swój egzemplarz. Nie dlatego, że jest z nim coś nie tak, ale dlatego, że to książka, w której najważniejsza jest intryga. Nie będę jej czytać po raz drugi, tak jak nie czytam ponownie kryminałów.
No, chyba że zapomnę, że dany kryminał czytałam i przypominam to sobie w połowie książki. Co gorsza, w niektórych przypadkach muszę czytać dalej, bo nie pamiętam kto zabił :D

I tego dotyczy pytanie/zadanie konkursowe.
Sklerozy.
Interesują mnie opowieści dziwnej treści na temat wylatywania z głowy słów, faktów i zabawnych konsekwencji, do których to prowadzi.
Najciekawsza opowiastka umieszczona w komentarzach pod tą notką zostanie nagrodzona egzemplarzem „Zanim zasnę” Watsona.
Na opowieści czekam do poniedziałku 20.08. do godziny 12-tej.

Mnie kilka lat temu ubawiła opowieść na blogu diablesse. Tak, to chyba u niej było. Pisała, że przez kilka tygodni próbowała namierzyć gdzie jest w okolicy kontener do segregacji śmieci. Pewnego dnia wybrała się ze znajomymi po wodę oligoceńską. Szła z tymi pustymi plastikowymi butlami i nagle zobaczyła tak pożądany kontener. I co? Zachwycona uznała, że skoro jest kontener, to w końcu może wyrzucić swoje plastikowe butle :)

 ————————————————————————
  • Do konkursu :D
    Ksiazki nie pragne przeczytac (ani posiadac) bo ogladalam film o identycznym problemie, amerykanski ale… nie pamietam jego tytulu :D

    Odpowiedz

  • Takie tam:
    Mąż zachorzał. Lipka się parzy, pod kocykiem leży, wziął już witaminę c w największej dawce i nie wiem jakie jeszcze specyfiki połknął, wapno musuje się w szklance. „Gardło mnie boli!”, dostał na gardło. „Boli mnie dalej!” Konsternacja- ja: „Połknąłeś???!!!!” ;)

    Odpowiedz

  • Czytałam książkę kilka tyg temu i faktycznie wciągająca dosyć.
    Wczoraj podły wieczór z bólem woreczka żółciowego miałam ale dziś lepiej,słońce za oknem a powietrze rześkie po deszczu.
    To idę w świat…

    Odpowiedz

  • mam nadzieję, że dziś już woreczek się uspokoił.
    u nas słonecznie. wróciłaś ze świata? :)

     

  • To historia mojej Babci, która miała sklerozę zupełnie nietypową- nie pamiętała niczego z przeszłości, natomiast pamięć absolutna obejmowała aktualna rzeczywistość, jak to wyglądało? np.oglądamy zdjęcia, Babcia:-Kto to? ja: No przecież to Twój mąż Babciu, Józef! B._ A żarty sobie robicie ze mnie, gdzie ja bym takiego młodego męża miała! I odchodzi obrażona. ale np.pamiętała o takich szczegółach -Jedź do szkoły, dzisiaj wtorek , Julka kończy o 12.35…albo: Dałaś kotu tabletkę? miałaś powtórzyć za dwa tygodnie, a to dzisiaj przypada…a miała już wtedy 96 lat…

    Odpowiedz

  • fakt pamięć czasem działa niesamowicie.
    z punktu widzenia użyteczności, to dobrze, że Babcia o codziennych drobiazgach pamiętała :)

     

  • Tak parsknęłam śmiechem ,że aż oplułam ekran haha.Niezła ta opowieść z blogu diablesse.Pozdrawiam.
    Ps.BAAAARDZO lubię czytać twój blog.

    Odpowiedz

  • miło mi bardzo :)

     

  • To ja moze w dwóch opowiastkach wspomnę tu mojego Ojca.
    Mojego Ojca połamały korzonki. Wezwany lekarz zapisał m.in. czopki przeciwbólowe. o ile dobrze pamiętam (a miałam wówczas okolo 8 lat) czopki miały 5 albo i więcej centymetrów długości. Krowy takie to były.
    Ja: – Tatuś, a jak ty to łykniesz?
    Ojciec: – No, jakoś córciu łyknę…
    I połknął :D
    Wieczorem Mama dzwoniła do lekarza z pytaniem, jakie mogą być konsekwencje takiej „kuracji”?
    Lekarz najpierw posmarkał się ze śmiechu a następnie uspokoił:
    – Poza lżejszym sr…niem, nic mężowi nie będzie.

    Ojciec mój miał duży ubytek słuchu. 3/4 w jednym uchu, a prawie 90 procent w drugim.
    Jesteśmy na podwórzu w odległości 10 – 15m od siebie.
    Ja: -Tata, która godzina?
    Ojciec: – Co?
    Ja: – Godzina? Która?
    Ojciec: Cooooo?
    Ja, coraz głośniej: – Pytam o godzinę.
    Ojciec: Nie wiem, co mówisz.
    Ja: MASZ ZEGAREK?!
    Ojciec: A skąd ja ci wezmę LEWAREK?
    Wierz mi: W promieniu 50 metrów wszyscy sąsiedzi ryknęli gromkim śmiechem.
    Hmmm… Ten ich rechot nawet mój Ojciec usłyszał :-))))

    Odpowiedz

  • najfajniej jeśli Ojciec też potrafi się z tego śmiać :)

     

  • U mnie w rodzinie mistrzynią w rozkojarzeniu jest moja mama.
    Praktycznie każde spotkanie obfituje w ciekawe sytuacje związane z zapominaniem słów, używaniem ciekawych „zamienników”, bądź gubieniem tematu. Tak to zazwyczaj jest jak ktoś chce poruszyć zbyt wiele wątków w zbyt krótkim czasie. Na szybko przypomniały mi się 2 sytuacje:
    1). Przyjechałam z siostrą do rodziców i mama chciała się pochwalić swoim nowym zakupem. Zaprowadziła nas do pokoju, gdzie stała deska do prasowania z przedłużaczem. Mama dumnie stanęła przy nabytku i rozpoczęła prezentację w te słowa: „A to jest mój.. moja … moja elektryczna szczotka na prąd!”
    2). Innym razem przyjechała moja siostra z małżonkiem. Dużym utrudnieniem był fakt, że małżonek jest tylko anglojęzyczny. Jednakowoż mama do strachliwych i nieśmiałych bynajmniej nie należy, więc postanowiła oprowadzić zięcia po działce. Zwiedzając kolejne przybudówki stanęliśmy przy wc a mama zagaiła do Johna : „John, you are toilet here.”
    Pozdrawiam-
    niki.becked

    Odpowiedz

  • hehehe, ta szczotka mnie zabiła :)

     

  • ja w ciąży miałam takie problemy z nazewnictwem. wydawało mi się, że mówię poprawnie i tak właśnie brzmią te słowa. do rodzinnego słownika przeszła ZEMSTWA POPOMITANICY :D

    Odpowiedz

  • :)) dobre
    grywaliśmy z kumplem w państwa-miasta (100 lat temu to było) i wpisał zwierzę na „n” – nawigator!
    (przekonany, że to aligator)

     

  • uwielbiam takie kawałki :)))

     

  • to polecę zagadką :)

    kiedyś poprosiłam kuzynkę, żeby mi przypomniała, że mam z domu wziąć tussipect.
    kilka godzin później powiedziała, że miałam jeszcze zabrać „jakiś Dienstag”
    (jej ciąg skojarzeń mnie zabił)

     

  • chyba nie rozszyfruję :)

     

  • tussipect skojarzył jej się z Tuesday –> wtorek —> Dienstag!
    (nie znała słowa „tussipect” a nie chciało się jej pytać)

     

  • Od 7 klasy podstawówki mam pluszowego osiołka, którego kocham miłością ogromną za jego cierpliwość do mnie ;) Osiołek długi czas zasypiał w moich objęciach. Pewnego dnia, a raczej pewnej nocy, leżałyśmy z siostrą w łóżkach i gadałyśmy. Siostra była już lekko nieprzytomna, grzecznie postanowiłyśmy więc powiedzieć sobie dobranoc. Wystawiłam sobie osiołka zza ramienia, żeby i on dostał swoje dobranoc. Siostra spojrzała jednym okiem, zawiesiła się lekko i palnęła „Dobranoc… hipopołku” :D Mój śmiech obudził wszystkich :)

    (Osiołek rzeczywiście ma lekko hipopotami pysk, no ale jak tak można? :D)

     

  • Witaj :)
    Podczytuję od niedawna, ale jak tylko trafiłam, tak bardzo polubiłam!

    Dołożę i ja swoją historię, choć nie jest ona ściśle sklerotyczna, raczej w tamtym monecie jakaś pomroczność mnie dopadła.

    Zatem do rzeczy: Trafiłam na informację, że w miejscowym teatrze przygotowywany jest Makbet w reżyserii Leszka Mądzika. Wydało mi się to ciekawe, i gdy później tego dnia widziałam się z koleżanką, oświadczyłam jej, że w teatrze będzie można zobaczyć Hamleta :D w reżyserii Leszka… Możdżera :D

    Pozdrawiam,
    Ilona

    Odpowiedz

  • Pit się strasznie obśmiał przy tej historii :)

     

  • O,też mi się coś przypomniało a propos teatru:)
    W liceum chwaliłam się mamie,że byłam na świetnej sztuce – „Śluby panieńskie”.
    W którymś momencie mama przerwała moje opowieści i zadała kluczowe pytanie – kto był reżyserem.
    A ja na to: „Grzegorz… Grzegorz … Warzywko?”
    Mama – „Chodziło ci o Grzegorza Jarzynę?”
    :)
    niki.becked

     

  • reżyser Leszek Możdżer i Grzegorz Warzywko robią mi właśnie popołudnie :))))

     

  • u nas w liceum był nauczyciel nazwiskiem Kiszko. Kiedyś matka jednego z uczniów przyszła szukać pana FLACZKO :)

     

  • mój znajomy, fefnaście razy pouczony przez żonę trzymającą w tym domu porządek w rachunkach, poszedł przerażony załatwiać śmiertelnie_ważną_sprawę w urzędzie skarbowym. wszedł, symulując luz i pewność siebie, i zapytał o panią środę. a pani się sobota nazywała. i nie zachichotała, mimo iż zachichotały jej koleżanki w pokoju…

     

  • pełen profesjonalizm :)

     

  • Flaczko niezłe!!!

    mnie kiedyś jakiś informatyk w eksfirmie przerobił na Andżelinę Orzech (mam na imię Anna… i zupełnie inaczej na nazwisko) i pół firmy się pokładało po biurkach, a potem została mi taka ksywa ;)

     

  • Za czasów liceum chodziłam do tzw. D.W.-Lotu (od dywizji Wojsk Lotniczych) na Bielanach. Pewnego razu zawaliłam ważny test i moja mama musiała skontaktować się z dyrekcją .
    Telefonicznie było najłatwiej. Po dodzwonieniu się do gabinetu dyrektorki- mama zapytała
    -Przepraszam, czy ja dodzwoniłam się do Debilotu ?

    szybko nacisnęłam widełki, zanim się przedstawiła, mama jednak długo nie mogła zrozumieć, co powiedziała nie tak.

     

  • I ja zagladam tutaj od niedawna i bardzo mi sie podoba.
    A to moja historyjka, a wlasciwie dwie:
    Pierwsza to o mojej babci ktora przez cale zycie uprawiala swoj kawalek ziemi i krowe hodowala. Kiedy juz wymagala stalej opieki ze wzgledu na wiek i zaawasowana skleroze moja mama z calego zywego inwentarza zostawila tylko kilka kur. Babcia nie poznawala swoich wnukow i zapominala o tym ze wlasnie przed chwila zjadla obiad, ale czasem miala przeblyski … I tak siedzimy sobie na lawce przed jej domem i babcia cos tam nam od rzeczy w zdanie wlazi i nagle moja mama chcac zeby babcia wstala i przeszla sie troche mowi do niej: „mamo a krowe odbylas”, na co moja babcia z szerokim usmiechem: „ja tej co jej ni mom”, wszyscy gruchnelismy smiechem.
    A druga to moja wlasna. Dostalam przed laty od slubnego kalkulatorek, taki sprytny na swiatlo ladowany, a ze kiepska jestem z rachunkow to bardzo mi byl przydatny. Tylko ze, no wlasnie tylko ze, ciagle mi go synek podbieral a jak juz sie pobawil czy policzyl co mu trzeba bylo to potem nigdy nie odkladal na miejsce co doprowadzalo mnie doszalu. W trosce o swoje nerwy postanowilam go schowac i jak tylko o tym pomyslalam to to zrobilam. Tylko ze potem za jakies kilka dni kiedy byl mi potrzebny okazalo sie ze za cholere nie wiem gdzie go wsadzilam. Chodzilam, szukalam i klelam na sama siebie i glupote wlasna. Po pol roku kiedy znowu zrobilo sie zimno i wyciagnelam zimowa kurtke w jej kieszeni odnalazlam swoja zgube.

    Odpowiedz

  • hehe, sprytna Babcia :)
    a schować to mi się tak zdarzało jeszcze z dziesięć lat temu pieniądze. na przykład wsadzałam w książkę, a potem wywracałam półkę do góry nogami w rozpaczy, bo kasa potrzebna :)

     

  • Mam okropną sklerozę, wiecznie czegoś zapominam. Nie pamiętam nawet jakiejś szczególnej historii bo to codzienność:D Pracuję z młodzieżą niepełnosprawną intelektualnie i pewnego dnia po kolejnym „zapomniałam!” z mojej strony jeden z moich podopiecznych mówi- pani jest jak moja babcia! (mam 34 lata:)Czasem zdaża mi się wysłać podopiecznego po coś a jak wraca to go ochrzaniam że wychodzi bez poinformowania mnie… Mają czasem ubaw ze mnie:).

    Odpowiedz

  • pewnie krążą już o Tobie opowieści wśród uczniów. na pewno będą mieć co wspominać :D

     

  • nie wygram, bo opowieści u mnie strasznej treści, ale ze sklerozą znam kilka historyjek.
    Mój ulubiony kolega, będący w wieku już nie najmłodszym, mówi ze on ma tą chorobę na A albo na S, ale zapomniał jak ona się nazywa.
    Ja osobiście miałam taką przygodę że zapomniał o mnie mój były, wtedy jeszcze obecny mąż.
    Zawiózł mnie do koleżanek do pracy na kawę, pojechał coś załatwić na mieście i wrócił do domu.
    Moja Mama po jakimś czasie się go pyta gdzie ja jestem, a on na to: o rzesz qrva… zapomniałem jej przywieść.
    Niestety obecnie skleroza niezbyt miło mi się kojarzy, bo zaniki pamięci zdarzają się mojej Mamie, na szczęście na razie niezbyt uciążliwe.

    Odpowiedz

  • nieźle trzeba się zamyślić, żeby o zonie zapomnieć :D
    przypomniałaś mi swoją opowieścią, że Pit kiedyś zapomniał o Chojraku. poszedł na spacer z psem i wrócił bez. dopiero po jakimś czasie usłyszałam to nieśmiałe skrobanie w drzwi. Biedny Chojrak chyba myślał, że nie wpuszczono go za karę. I bawi mnie to i szkoda mi go, za każdym razem jak sobie przypomnę :)

     

  • hm, a nie udało się wam zapomnieć odebrać dziecka z przedszkola? mnie owszem :(

     

  • mnie matka w zerówce zapomniała odebrać, ale teraz się wypiera :D

     

  • A mój mąż zostawił nasze trzecie w kolejności dziecko w samochodzie w garażu;) Ja ogarnęłam pozostałą trójkę do domu, a Paweł udawał, że śpi w foteliku;) Minęło już 2 lata a syn wciąż wspomina jak go tata zostawił, ale dzielny był nie płakał:)

     

  • To co prawda nie dotyczy sklerozy a zwykłego zamyślenia, ale lubię ten kadr.
    Kiedy mieszkałam w domu panieńskim rodzice mieli arcywygodną kanapę do spania, ale nie mieściły się w niej poduszki z pościeli. Kołdry chowano do kanapy, a poduchy tato zawsze wynosił do pokoju mojego brata, gdzie dokładając do jego pościeli robił stos i przykrywał kocem. Brat nie ścielił nigdy, soł.
    Kiedyś, zamyślony do rdzenia tato, obudził się nagle stojąc w ciasnym WC. W objęciach trzymał dwie poduchy i za nic nie mógł się ruszyć. Tak silnie się zamyślił, że zamiast skręcić do pokoju brata, wszedł do klo.
    Nie mógł uwierzyć, a razem z nim my, że nie obudził się wcześniej, otwierając niewygodnie drzwi, zapalając światło, a wreszcie walcząc zaciekle przy przepychaniu poduszek przez wejście :)

    Odpowiedz

  • uwielbiam takie sytuacyjne. a one na żywo bawią sto razy bardziej. już sobie wyobrażam minę taty, gdy się „obudził” :)))

     

  • To dorzucę i swoje może z trzy historyjki:

    1. …w roli głównej ja…
    Wakacje u nas spędzała moja mama. Bardzo jej to pasowało, bo miała lepsze połączenie autobusowe do lekarza. O tym wyjeździe mówiła już od kilku dni. W dniu wizyty prosiła mnie również abym sprawdził jej godzinę odjazdu autobusu. O określonej porze mama ubrała się i wyszła, a ja zdziwiony pytam się żonki gdzie ona poszła.

    2. …w roli głównej babcia…
    Obiad niedzielny, a raczej już po. Wszystko posprzątane i pomyte. Zdążyliśmy usiąść. Wchodzi babcia i oskarżycielkom tonem mówi, że ją głodzimy, że ona jeszcze obiadu nie zjadła.

    3. …w roli głównej kumpel…
    Zima. Ostry mróz. Kumpel siedzi w klasie (technikum) i zagaduje do drugiego kumpla.
    – Zimno dzisiaj, nie.
    – A nie wiem, otwierają o ósmej… – odpowiada zagadnięty.

    Odpowiedz

  • :)
    zwłaszcza odpowiedź kumpla bardzo mi się podoba.

     

  • To było na kolonii dziecięcej.Miałam ze 12 lat, bawiliśmy się w zabawę w śpiewanie piosenek o zwierzątkach. Taka zabawa – grupa dzieli się na 2 podgrupy i każda z nich na zmianę śpiewa piosenkę o zwierzątkach (może być inny temat, np. o ognisku, ale tu akurat zwierzątka były). Wygrywa ta grupa, która zna więcej. Piosenka musi być w miarę znana wszystkim, lub chociaż większości, wystarczy zaśpiewać kilka wersów. No więc na sam początek poszły wszelkie – biedroneczki są w kropeczki, miś uszatek, cztery słonie itp. Nasza grupa nie miała już żywcem pomysłu, więc koleżanka pięknym głosem melodyjnie zaśpiewała: „Kormorany złociste stoją na fortepianie…”
    Do tej pory jestem zdumiona że nikt się nie zorientował, piosenka została zaakceptowana.
    Dla tych co nie znają – znana piosenka w oryginale oczywiście brzmi: „Chryzantemy złociste stoją na fortepianie”
    Ella

    Odpowiedz

  • buahahahaha :)
    kormorany złociste są the best

     

  • Pojechałam z uczennicą na konkurs do miasta wojewódzkiego. Wszystkich nauczycieli zaproszono do szkolnej biblioteki na herbatę. Gawędzę sobie od godziny z panią z naprzeciwka.
    – Ja to nie jestem stąd, mam do domu 80 km – mówię w pewnej chwili.
    – To G? – pyta mnie pani.
    – Tak – potwierdzam – Mieszkam w G.
    – Kończyłam liceum w G – rzuca pani.
    – No, ja też, ale to dawno było – mówię. – Mam już prawie 50 lat.
    – Ja podobnie – pada odpowiedź. – Matura w 82?
    – Tak – potwierdzam. – Biologiczno-chemiczną skończyłam – dodaję zaintrygowana.
    – Ja też – słyszę w odpowiedzi. – Wychowawczyni to pani D.?
    – Pani D – potwierdzam.
    – To my musiałyśmy chodzić do tej samej klasy – wykrzykuje owa pani.
    – Kinga? – pytam nieśmiało.
    – Urszula? – woła koleżanka.
    Rzucamy się sobie w ramiona, zapewniając jedna drugą, że wcale to a wcale się nie zmieniłyśmy ;)))

    Odpowiedz

  • oczywiście uwierzyłyście sobie nawzajem w te zapewnienia? ;)))

     

  • Straszna była zima i zawierucha przeogromna. Powiedziałam więc mojej koleżance, że po nią do pracy przyjadę raniutko niech czeka przy kiosku. Wyszłam rano dnia następnego i rzeczywiście snieżyło nie z tej ziemi. Wsiadłam do samochodu i widzę znajomego Pana. Ledwo go poznałam taka snieżyca. bez wahania zaproponowałam, że go podwiozę (taki biedaczek przecież). No i pojechaliśmy.
    Godzina 7 15. Telefon. Ja ciepłą herbatkę piję.
    – gdzie ty jesteś?
    – jak to gdzie? w pracy.
    – a ja czekam na ulicy!, pytam panią w koisku która godzina, myślałam, że odpalić nie możesz.

    No i przyjechała. Taksówką.

    Pozdrawiam
    Ola

    Odpowiedz

  • o matko! znienawidziła Cię za to? :)

     

  • Nie.
    Wie ze jestem zakręcona jak słoik na zimę. A poza tym mimo wszystko da się mnie podobno lubić.
    Zresztą zdrarzają mi się ciągle jakieś dziwne, niezrozumiałe rzeczy.

     

  • Witam serdecznie:)
    Przypomniało mi się zdarzenie które miało miejsce nie dawno:)
    Jestem doradcą handlowym w jednej z większej sieci handlowej na dziale ogród.Ten rok jest wyjątkowy jeśli chodzi o rozwój chorób grzybowych i szkodników.Więc zapotrzebowanie na zwalczanie tych paskudztw ogromne:)
    Każdego klienta dopytujemy co to za szkodnik, gdzie występuje itp.
    Ale do rzeczy:)
    miałam przeszkolić kolegę z działu więc puściłam go na głęboką wodę i stojąc z boku przeglądałam się jak sobie radzi w chwilach oblężenia i zagrożenia:)
    Jak co dzień po godz.17 zwiększony ruch, przy gablotce ze środkami tłumy:)każdy chce być pierwszy:)
    nagle pan schludnie ubrany pod krawatem zwraca się do kolegi
    -mam robaki????
    kolega stara się jak może żeby nie parsknąć śmiechem:))
    dopytuje
    -gdzie występują?
    klient
    -na Słonecznej 25 :)))) ręce opadają:))
    inna sytuacja
    Mężczyzna ciemnej karnacji mówiący łamaną polszczyzną
    -poproszę coś na miśki w trawie
    oczywiście chodziło mu o mniszki w trawie:))
    nie wspomnę już o łamaniu nazw niektórych szkodników np:
    prawidłowa nazwa przędziorek klient- pędziorek:)
    Pozdrawiam
    Renata

    Odpowiedz

  • robaki na słonecznej 25 mnie zabiły :D

     

  • Bardzo lubię czytać tego bloga:)myslę, ze zacznę również cześciej komentować. ja roztargnieniom poświeciłam swego czasu wpis na swoim blogu. Poniżej kilka cytatów:)
    „-Swego czasu w pawilonie przy moim bloku były dwa sklepy. Jeden stary nazwijmy go państwowy (koszyki tu były do reki), drugi nowo powstały rozwijający sie własnie prywatny (tu ful wypas wózki). Oczywiscie jednym sklepie było tańsze to, w drugim tamto, więc człowiek zaliczał te sklepy po kolei. No i ja kiedys zrobiłam zakupy w sklepie państwowym, i udałam sie dokończyc sprawe w tym drugim sklepie. W sklepie ludzie się na mnie dziwnie patrzyli a ja cały czas zachodziłam w głowę sie “czego te ludzie tak sie gapią”, niektórzy to nawet sie bezczelnie podśmiewali….Dowiedziałam sie kiedy podeszłam do kasy – w reku trzymałam KOSZYK z tego pierwszego sklepu….”
    „-Pojechałam na zakupy do hipermarketu (wyraźnie w sklepach rozum mi odbiera) narobiłam zakupów pełen wózek, zapłaciłam, spakowałam i targamy z Młodym to na parking. Synuś sie pyta mamo jak ty to chcesz zatargac do domu? No dziecko samochodem, przecież jestesmy…wypowiadając te słowa zdotarło do mnie, ze od tygodnia NIE MAM auta i ze przecież do sklepu podjechaliśmy autobusem…spowrotem wracaliśmy taksówką..”
    „-Przed pracą postanowiłam wyrzuciś smieci, ponieważ worek sie rozlatał włożyłam jeszcze wszystko do reklamówki…no i poszłam…wchodze do pracy a koleżanka do mnie: co ty tam taszczysz tak od rana?…przytargalam te smieci ze sobą…” Pozdrawiam

    Odpowiedz

  • hehehe, bardzo dobre :)
    przypomniała mi się podobna historia z reklamówką: http://jutrofutro.blogspot.com/2008/06/gdy-synek-by-may.html

     

  • O rety, śmieci ze sobą do pracy też kiedyś moja Mama zatargała :D Tylko że nawet nie w reklamówce, a w pięknym zielonym worku, szła z nimi przez pół miasteczka.

     

  • Przypomniała mi się jedna historia.
    Swojego czasu mieszkaliśmy w starej gdańskiej kamienicy wśród staruszków. Pewnego dnia coś zaczęło dziwnie pachnieć. Następnego dnia zapach był intensywniejszy – ale wietrzyliśmy . Trzeciego dnia śmierdziało już niemiłosiernie.
    Kolejnego dnia zaczęłam podejrzewać najgorsze i zapukałam do sąsiadki. Niestety nie otworzyła. Z decyzją o dzwonieniu po policję -wstrzymałam się do wieczora, co jakiś czas wychodząc z mieszkania i sprawdzając z nadzieją, czy u sąsiadki pali się światło.
    Pod samiusieńki już wieczór moje dziecko zachciało kaszki manny na mleku. ( Uwielbialiśmy wtedy wszyscy takiego „gotowca” w pudełeczku z jednej mleczarni). Udałam się do lodówki i wyjęłam deser, a że był zimny poszłam do pokoju, położyć go na grzejnik. I co odkryłam ? Leżała tam taka sama kaszka-rozdęta do granic możliwości, a z niej wydobywał się owy tajemniczy smrodek.

    Z historii o mamie. Moja mama poszła do pracy raz w papilotach, a raz w kapciach. O papilotach poinformowały ją koleżanki. Natomiast kapcie zauważyła już w tramwaju, jednak z tak błahego powodu nie wróciła do domu.

    I jeszcze jedna anegdota, która uczuliła mnie na całe życie.
    Miałam wtedy z 6 lat i obserwowałam sytuację , gdy na weselu pewna Pani wyszła z toalety i tanecznym krokiem udała się na salę dla gości. A spod spódnicy wyfruwał jej, jak szarfa długi kawałek papieru toaletowego.

    iza-pyza

    Odpowiedz

  • Ach jeszcze jedna historia
    Mój brat na 5 urodziny dostał dużo balonów. Cieszył się nimi i była pyszna zabawa. Jednak w pewnej chwili się pokłóciliśmy. Wściekł się strasznie i złapał do ręki widelec. Zaczął przebijać balony -krzycząc na mnie -„a masz!” Cierpliwie mu się przyglądałam, aż ostał się jeden. Wtedy powiedziałam -„ej, ale te balony są twoje”
    Odpowiedział „zapomniałem” i się rozbeczał.

    iza-pyza

    Odpowiedz

  • To mi przypomniało historię opowiedzianą przez panią doktor Skotnicką na warsztatach dla rodziców dzieci z adhd. Otóż miała kiedyś na terapii jakiegoś agresywnego narkomana, wściekł się w pewnym momencie i w nerwach chciał chwycić z biurka jej telefon i roztrzaskać o ścianę. A ona nawet nie drgnęła, bo wiedziała że w takim stanie emocji nie panuje się nad sobą i ZAWSZE odruchowo chwyci się własny telefon a nie czyjś. No ja bym się bała ryzykować, ale tym razem się sprawdziło :)

     

  • Olu coś w tym jest -bo mój brat ma Adhd -na szczęście narkomani się ustrzegł –no chyba ,że nic nie zauważamy.:-)))))

     

  • Mąż wrócił z psem ze spaceru (padał deszcz) i stwierdził, że trzeba psu umyć łapy (wytarcie niewiele dawało, a że pies mały, to myło mu się łapy prysznicem). Ja akurat zmywałam, więc powiedziałam, żeby dał psa do łazienki, jak skończę, to zajmę się łapami.
    Skończyłam zmywać i przechodząc koło łazienki zgasiłam światło, myśląc, że syn znowu nie zgasił. I poszłam do pokoju. Po 15 minutach pies się odezwał zniecierpliwiony w zamkniętej łazience :) Ileż można czekać!

    Pozdrawiam
    Aśka

    Odpowiedz

  • Ja też mam taką kontenerową historię. Na moim osiedlu zawsze stały kontenery do segregacji śmieci. Potem zmienili je na jakieś inne. A potem znikły zupełnie. Pewnej soboty, wracając z zakupów, przyuważyłam z daleka, że znowu coś postawili. A robiłam wtedy u siebie nasiadówkę. Gdy więc późną nocą wychodzili ostatni moi goście, to pozbierałam wszystkie butelki po winie i piwie i w ramach odprowadzenia ich poszłam to wszystko zrecyclingować do tego jednego jedynego kontenera, co stał (z jakiegoś powodu uznałam, że jest na szkło… chociaż w sumie się dość dziwiłam, że te butelki się nie tłuką, tylko tak miękko opadają… ale że mi też było miękko, to uznałam to za objaw kompatybilności wszechświata …;);)
    W tygodniu okazało się, że to jednak pojemnik na odzież używaną :I.
    Nie wiem czy to się kwalifikuje pod sklerozę – raczej pod postalkoholową niedyspozycję ;)
    (znajoma doniosła mi jednak, że u niej na osiedlu w środku dnia jakiś zażywny jegomość władował do pojemnika z napisem PLASTIK puchową kołdrę i dwie poduchy… Jakie osiedle, taka segregacja ;). Chyba, że niektórzy zaczynają przygodę z winem już od rana ;)

    A jest jeszcze niedyspozycja przedkawowa ;) Gotuję sobie razu pewnego wodę w czajniku, acz zamiast do filiżanki wlewam po brzegi do słoja z kawą…A że nie lubię marnacji, to potem przez dwa dni zapraszam wszystkich możliwych znajomych i rodzinę i serwuję im po trzy filiżanki tej ADHDycznej esencji życia ;)
    I następnie jeszcze piję ją przez tydzień, bo to taka bajerancka kawa była, no i producent wyliczył, że taki słój to na 100 czy ileś filiżanek…pfff. To były czasy, adieu fazo REM ;) Także zbytniej oszczędności w połączeniu z porannym zamgleniem umysłu nie polecam.

    Pozdrawiam wszystkich sklerotyków ;)

    Odpowiedz

  • OK. JEST DWUNASTA.
    Z WCZEŚNIEJ NAPISANYCH OPOWIEŚCI WYBIORĘ JEDNĄ.

    TERAZ MOŻNA SIĘ DZIELIĆ OPOWIEŚCIAMI JUŻ POZA KONKURSEM :)

    Odpowiedz

  • to ja poza konkursem.
    Siedzimy przy stole podczas jakiejś większej uroczystości i w pewnym momencie moja mama (lat 73)pyta mojej dwudziestoletniej siostrzenicy czy czasami robi zakupy w seks-shopie? Teraz tam są takie fajne rzeczy dla młodych dziewczyn.
    Chodziło jej oczywiście o outlet.

    Odpowiedz

  • hehehe świetne :)))
    czy ktoś parsknął herbatą?

,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *