Zakurzona w krainie „zrób to sam” (a Varga w kraju Morloków)

W ten weekend w Magazynie Świątecznym Gazety Wyborczej pojawił się artykuł Krzysztofa Vargi „W kraju Morloków”.
Co chwila trafiałam w sieci na linki do artykułu z dopiskami, że warto przeczytać, że to sama prawda i ważny temat. Z rozpędu chciałam nawet opłacić sobie dostęp do artykułu w sieci, nim skojarzyłam, że przecież mam w domu wersję papierową.
Przeczytałam i cóż, dla mnie nie był specjalnie odkrywczy. Co gorsza, zobaczyłam co tak bardzo mogło się podobać linkującym – narzekanie na stan obecny. Streszczenie poruszonych przez Vargę zagadnień: Polacy nie czytają, politycy są głupi i wolą grać w nogę, zaś ci, co grają w nogę zawodowo, nie odnoszą sukcesów, a do tego żyjemy w kraju pełnym pomników męczeństwa i brak nam miejsc do triumfowania, gdyby kiedyś jakimś cudem jakiś triumf nam się trafił. A, zapomniałabym, żyjemy też w kraju dorobkiewiczów, gdzie najwidoczniejsze i najbardziej wspierane, a zarazem najbardziej roszczeniowe są grupy przedsiębiorców oraz chłopów. Biedni twórcy kultury są zapomnieni przez bogów i ludzi, nikt nie chodzi do teatru, a nawet kina (a jeśli już to na kac wawa), zaś ten wredny przedsiębiorca, którym śmie się nazywać nawet człowiek sprzedający na bazarze (no zgroza zupełna!), to najbardziej hołubiony w Polsce typ.
LITOŚCI.

Co z tego wynika? Nic.
Zawsze mnie bawią te okrzyki pełne grozy (Polacy nie czytają!), to bicie na alarm (Sztuki się u nas nie ceni, nie to co na Zachodzie!), to protekcjonalne traktowanie osób, które nie wożą się po warsztatach pracy twórczej i zamiast nad kawiarnianym stolikiem przepitym wzrokiem wodzić po twarzach przechodniów, tworząc kolejne zdanie doniosłego dzieła, którego nikt nie kupi, śmią sprzedawać twaróg na bazarach.
Kto niby tworzy tę krzywą rozkładu normalnego, z której wyciąga się później średnią statystyczną? Ano my. Pan, Pani i ja też.
Tak, to wszystko jest bez sensu zorganizowane, ale doprawdy nie trzeba trzech doktoratów, by to dostrzec, jak widać po mnie, nie potrzeba nawet tytułu magistra.

Możemy sobie pisać gorzkie żale i wspólnie narzekać, bo to takie wygodne, albo wziąć się do roboty i zmieniać to, na co mamy wpływ. A na co mamy? Na siebie i swoje otoczenie.
Nigdy nie miej wątpliwości, że mała grupa światłych i zaangażowanych obywateli może zmienić świat; tak naprawdę świat nigdy nie zmieniał się za sprawą czegoś innego” – Margaret Mead

1.Polacy nie czytają.
Zastanawiam się jak robi się takie badania. Jeśli chodzi o sprzedaż nowości w księgarniach, dane mogą się nieco mijać z realiami. My, jako rodzina czytamy sporo, na pewno więcej niż „statystyczny Polak”. W najbardziej zaganianych okresach, gdy naprawdę nie mamy siły, co najmniej dwie książki w miesiącu na głowę (a głowy są trzy, plus czwarta, której na razie się czyta i która preferuje encyklopedie Larousse’a po bracie – zwłaszcza rozdziały o budowie człowieka i zwierzętach), w najlepszych – po kilka książek na głowę tygodniowo.
Rzadko mnie stać na nowości, ale jeśli mi bardzo zależy, by mieć jakąś książkę (głównie dzienniki, pamiętniki, judaica) – kupuję. W innych wypadkach pożyczam. Czytam sporo nieco starszych rzeczy. Kupuję w taniej książce, w antykwariatach, na bazarach. Często po przeczytaniu puszczam książki dalej.
Moja babcia zawsze dużo czytała, choć nie jest profesorem, a kobietą, która mieszka na wsi i dawniej prowadziła gospodarstwo rolne. Skąd ona brała książki w ostatnich dziesięcioleciach? Sporo pożyczała, gdy była jeszcze u nich namiastka biblioteki, sporo przywoziły jej córki, ja też jak tylko mogłam coś jej podsyłałam i nadal podsyłam, ale coraz mniej, bo babcia od jakiegoś czasu narzeka na wzrok. Nie wiem jak inne wnuki, może też coś podrzucały. Czyli i babcia i moja czteroosobowa rodzina czytamy dużo, ale nie podbijamy specjalnie statystyki, bo rzadko nas stać na nowości.
Moja mama też sporo czyta, na pewno więcej niż statystyczny Polak. Siostra – dużo czyta. Ojciec – czyta średnio, ale więcej niż przewiduje statystyka. Żadne z nas nie jest świetnie wykształcone, mało kogo z tego grona stać na nowości. Pożyczamy sobie nawzajem i jak wyżej.

Kiedy wchodzę do kogoś pierwszy raz, szukam wzrokiem książek. To czy znajduję, to już inna sprawa.
Z uporem maniaków jednak wszystkim zaprzyjaźnionym dzieciom na urodziny dajemy książki. Nawet jeśli wiemy, że ich rodzice nie są zbyt zainteresowani czytaniem, w zasadzie ZWŁASZCZA wtedy.
Nasze dzieci też ciągle widzą nas z książkami. Dzieci się uczą przez obserwację. Jeśli będziesz zachwalać lektury albo zdrowy tryb życia, a sam będziesz głównie leżał na kanapie z czipsami i oglądał seriale, nie dziw się, że dziecko tyje i nie czyta.

Varga ma pretensje do premiera, że zamiast do chodzenia do księgarni, zachęca zachowaniem do grania w piłkę. Ok, to prawda. (Zaś z tego co pamiętam z wywiadów politycy jako wartościowe książki podają Trylogię Sienkiewicza i „Serce” Amicisa, jakby literatury współczesnej w ogóle na świecie nie było, albo, co bardziej prawdopodobne, nic od czasów szkolnych nie przeczytali)
Co jednak z twórcami i tfurcami? Jakoś nie czytam/nie oglądam w wywiadach wypowiedzi reżyserów, aktorów, celebrytów na temat książek. Czy dziennikarze w ogóle są tym zainteresowani? Przecież mogliby pytać o fascynację lekturami, a nie tylko o nowe domy, rozwody i kariery.
Mam wrażenie, że w ogóle nastąpiło jakieś dziwne medialne przyporządkowanie znanych osób do tematów, w których się do nich zwraca. Będzie o dzieciach – wezwijmy Marię Czubaszek (bo miała odwagę powiedzieć, że nie chciała mieć dzieci) i Renatę Dancewicz, która kiedyś wspomniała, że macierzyństwo to nie same plusy; będzie o czymś innym – w każdej szufladzie mamy odpowiednią ilość osób, które kiedyś coś o tym napomknęły. Tak się robi z człowieka nośnik jednego tematu, tak się kompletnie obrzydza czytelnikowi wywiady.
Naprawdę wolałabym przeczytać co wymienione wyżej panie ostatnio zainteresowało w kulturze i literaturze. Tyle że ani dziennikarze, ani wydawcy nie chcą tego promować. Chcą wrzasku, pseudokontrowersyjnych dyskusji – pseudo, bo czy naprawdę myślącego człowieka tak bardzo podnieca fakt, że ktoś chce lub nie chce dzieci?
Twórcy też zdają się korzystać z pięciu minut zainteresowania i mówią tylko o sobie – chcą się wypromować, zachęcić do pójścia na ICH spektakl/film, kupienia tego, co robią sami. Jakoś nie słychać również, by pisarze nawołujący do kupna swojej nowej książki, wspominali o innych lekturach. Jak stworzyć obraz tego, że czytanie jest fajne, skoro nawet twórcy i dziennikarze wolą gadać o przepisach na ciasto i wakacjach na Krecie, niż o książkach. Lektury to temat niechodliwy z natury? A może sami go takim uczyniliśmy? W sieci też dużo częściej widać rozważania na temat tego jaki komputer/telefon wybrać, niż prośby o polecenie czegoś fajnego do czytania. Może gdyby jakiś idol młodzieży opowiedział, że czyta coś fajnego, zamiast tych pierdół, które zwykle gada, świat by się nie zawalił, a młodzież choć z wywiadu znałaby przynajmniej jednego pisarza.

Halo! Skądś się ten statystyczny nieczytający Polak bierze. Jeśli możesz wpływać na otoczenie, rób to, zamiast marudzić. Jesteś pisarzem? W wywiadach mów o fascynacjach literackich, może kogoś zainspirujesz – narzekaniem na niski poziom otoczenia można sobie co najwyżej podnieść samoocenę.

W autobusach widzę całkiem sporo ludzi czytających książki z bibliotek. Pani z małego sklepiku pod domem też ostatnio stwierdziła, że mając już dosyć telewizyjnej sieczki, zapisała się do biblioteki i teraz dużo czyta. Potencjalny czytelnik jest wszędzie. Niektórzy nigdy nie sięgną po nic bardzo ambitnego, ale niech chociaż zaczną, niech czytają Zmierzchy, może z czasem spróbują czegoś innego.

Jeśli nauczymy dzieci, by nie oceniały ludzi po tym jaki samochód i sprzęt mają, a co za tym idzie, sami pozbędziemy się uprzedzeń, może też będą miały odwagę realizować swoje pasje. Może zaczną robić coś twórczego, ambitnego, nie martwiąc się, że skoro z tego nie będzie kasy, będą uważane za nieudaczników.
Tu pojawia się płynnie punkt drugi z artykułu Vargi:

2. Przedsiębiorcy i chłopi jako wredne roszczeniowe grupy, zabierające budżetową kasę, która mogłaby być przeznaczona na kulturę.
Żeby było jasne: uważam, że państwo powinno wspierać kulturę i sama chętniej dawałabym pieniądze na teatry niż naszą piłkę nożną – to w zasadzie może być jakiś pomysł.
Tu będzie dygresja. Na studiach zajęcia z psychologii społecznej miała z nami fajna doktorantka z Poznania. Kiedyś opowiedziała jak robiła badania na sportowcach w klubie. Potem rozmawiali sobie o pracy i gdy doktorantka zdradziła ile zarabia, sportowcy umarli ze śmiechu, twierdząc że za takie pieniądze w ogóle by się z łóżka nie podnosili rano, o żadnym wysiłku nawet nie wspominając. Jaki z tego wniosek? Doktorantka się starała i odwalała kawał dobrej roboty, bo ją to interesowało, sprawiało jej przyjemność i wydawało jej się ważne. Pieniądze były tu sprawą drugorzędną, bo jej motywacja do pracy pochodziła z wnętrza. Sportowcy zaś trenowali dla kasy. Może gdyby piłkarzom zmniejszyć zarobki, w klubach zostaliby ci z właściwą motywacją, ci, którym naprawdę zależy i to oni przy dobrym trenerze mieliby szanse na jakiś sukces.

A teraz ad rem. Wydaje mi się, że ktoś, kto pisze o roszczeniowym podejściu rolników i przedsiębiorców, w życiu nie miał do czynienia z taką pracą od drugiej strony. Co gorsza on nawet nie chce rozumieć argumentów tych grup, z góry zakładając, że to jakaś gorsza część społeczeństwa – nie to, co my yntelektualyści.
Radziłabym spróbować na chwilę wejść w tamte buty, potem zaś możemy porozmawiać o byciu grupą roszczeniową.
Patrząc z boku można by uznać, że to artyści są roszczeniowi, bo zamiast nauczyć się szukać sponsorów i zarabiać na siebie, zamiast nauczyć się funkcjonować w obecnych realiach wiecznie wołają o kasę. Jak prosto jest oceniać, prawda?

Może moje podejście jest niepopularne, ale myślę że naprawdę nie każdy musi być pisarzem czy artystą. Może jeśli nie umiesz sprzedać tego, co robisz, znaleźć odbiorców swojej sztuki, powinieneś tworzyć po godzinach?
Lubię cytować Henryka Grynberga, który w swoim „Pamiętniku” pod datą 18.08.1961 napisał: „Pisarze się ostatnio skarżą, że trudy codziennego życia zabierają im czas i energię. Normalnym ludziom praca przeszkadza żyć, a im życie przeszkadza pracować. Zamykają się w Domach Pracy Twórczej, gdzie siedzą, jedzą i narzekają. Żeby być prawdziwym pisarzem, trzeba żyć na własny rachunek.
I może to jest jakieś wyjście? Już zostańmy przy pisarzach, ale można tę zasadę rozszerzyć. Gdyby pisarz zarabiał na siebie inaczej, a pisał po godzinach pracy zarobkowej, może pisaliby tylko ludzie, co pisać muszą (inaczej się uduszą), albo uważają, że mają światu coś wartościowego do przekazania (czyli ci, co mają misję). Dzięki temu byłoby więcej zrozumienia dla „roszczeniowych” przedsiębiorców (zwłaszcza gdyby jeden autor z drugim musieli pohandlować majtkami na bazarze) i powstawałoby mniej, ale może bardziej wartościowych pozycji wydawniczych?
Mniej nowości na rynku to większa ilość sprzedanych egzemplarzy; nie od dziś wiadomo, że konsument głupieje w obliczu zbyt bogatej oferty i często w ogóle rezygnuje z zakupu. Same plusy :)

Został jeszcze punkt trzeci: „politycy to ignoranci i głupole”.
Przepraszam, ale jacy mają być, skoro odzwierciedlają rozkład normalny cech naszego społeczeństwa. Mało który idiota zagłosuje na mądrego człowieka.
Zresztą jest jeszcze jeden problem. Ludzie naprawdę mądrzy, często wątpią. Nie uważają, że mają odpowiedź na wszystko i znają optymalne rozwiązanie każdego problemu – takim ludziom jest trudniej „sprzedać się” wyborcom, bo jedyne, co mogą z czystym sercem powiedzieć, to że będą się starać sensownie działać. Blado to wygląda przy deklaracjach „rozwiążę-wszystkie-wasze-problemy”, ktore składają głupole. I jeszcze kwestia rozwoju moralnego. Człowiek na wysokim poziomie moralnym nie chce nikomu narzucać swojego światopoglądu, taki człowiek nie chce nikim rządzić, nawet jeśli ma o niebo wyższe kompetencje od aktualnie rządzących. Mało więc takich ludzi w polityce.

Jeśli jednak czujesz, że możesz coś zmienić, jeśli nie podoba ci sie to, co jest, rób wszystko, by to zmienić. Naprawdę wierzę w siłę grupy mądrych ludzi. W kroplę, która drąży skałę. Tyle że czasem jest tak, jak z tym artykułem Vargi – mądrzejsi niż statystyczny Polak wolą sobie ponarzekać, ale nie bardzo chce im się coś zmieniać. Trzeba by porzucić status quo, wystawić się na cel, a przede wszystkim potwornie się urobić i wykazać tak pogardzaną przez siebie przedsiębiorczością.

Trochę „pojechałam” tym tekstem i sporo w nim ironii, ale myśl przewodnia jest zacna: zamiast narzekać, rusz dupę, a może (z pomocą innych) ruszysz także świat w posadach. Tylko nie ma odważnych, by zacząć.

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *