Zaduch. Reportaże o obcości. Marta Szarejko

zaduchOKGdy byłam dzieckiem, zastanawiałam się często, jak wygląda życie w innych rodzinach. Po części pewnie wynikało to z dość powszechnego wśród nastolatków przekonania, że to niemożliwe, że ci, z którymi przyszło nam żyć, to nasza prawdziwa rodzina. Akurat ja i moja siostra do dziś jesteśmy z trochę innej, niż nasza spora familia, bajki. Niby nie urodzi wrona gawrona, a jednak!
Marzyłam często, że jestem niewidzialna i przemieszczam się pomiędzy sąsiedzkimi mieszkaniami, trochę podsłuchuję, obserwuję jak to jest w innych rodzinach. Bardzo mnie to fascynowało.
Z dorosłego już życia pamiętam audycję (chyba w TOK FM), w której Agata Bielik-Robson opowiadała o swoim wielopokoleniowym inteligenckim domu. Żałowałam, że mówiła tak krótko, choć pewnie z godzinę ta opowieść trwała.

Ponieważ, mimo zmęczenia ludźmi (pozdrawiam wszystkich pracujących w open spasie), nadal interesują mnie historie rodzinne, wiedziałam, ze muszę przeczytać Zaduch Marty Szarejko.
Ta cienka (zbyt cienka!) książka to zbiór rozmów z trzydziestolatkami ze wsi i małych miasteczek, którzy przyjechali do Warszawy i próbują tu sobie radzić.
Książka jest świetna. Nie będę budować napięcia. Jest świetna! Wczoraj chciałam przejrzeć jeszcze raz te historie i ocknęłam się, gdy byłam prawie w połowie książki.

Czy któraś z historii przypomina moją? Nie. Czy mam kilka podobnych obserwacji dotyczących życia w małym mieście i w stolicy? Jak najbardziej.

Zdaję sobie sprawę, że trudno mi się z bohaterami utożsamić, bo nie jestem typowym przyjezdnym. Moi rodzice pochodzą ze wsi, ale ponieważ nie chcieli, by moim udziałem stało się życie, jakie wiedli będąc dziećmi, krótko po ślubie przeprowadzili się do miasta. Ja sama czuję się dość niezakorzeniona. Kilka razy już się w życiu przeprowadzałam i nigdy nie miałam problemu z rzucaniem miast, miejsc pracy, szkół, znajomych, dotychczasowego życia i zaczynaniem od nowa. Nie bardzo też umiem powiedzieć skąd jestem, bo chyba zewsząd.
W Warszawie mieszkam od ośmiu lat i w moim trzydziestokilkuletnim życiu jest to najdłuższy staż mieszkańca. Szczerze mówiąc, już bym się gdzieś ruszyła. W żadnym z dotychczasowych miejsc zamieszkania czy pracy, nie czułam się obco, nigdzie też nie dano mi do zrozumienia, że jestem gorsza, bo nie stąd. Choć w Warszawie wielokrotnie słyszałam mało przychylne komentarze dotyczące przyjezdnych. Nigdy w stosunku do mnie, bo chyba jakimś cudem, gdzie bym nie była, sprawiam wrażenie tubylca. Nawet gdy wpadam gdzieś z wizytą, to mnie zaczepiają ludzie na ulicy z pytaniem o drogę. Nie wiem z czego to się bierze, ale bywa przekleństwem.

Z czym zmagają się bohaterowie książki Marty Szarejko?
Większość ze wstydem. Wstydzą się miejsc, z których pochodzą, rodziców i tego, jak żyli, nim przenieśli się do Warszawy. Byłam szczerze zdziwiona. Tym, że ktoś może się wstydzić powiedzieć, że jego rodzice mieszkają na wsi. I tym, że przez ten fakt zacznie być gorzej postrzegany przez znajomych.
Choć przepraszam, przypomniałam sobie, że niektóre osoby, pochodzące z większego miasta, potrafiły się śmiać z tego, że w miasteczku, w którym kończyłam liceum, zamknięto jedyne kino i że (według nich) w ogóle nic już tam nie ma. Nigdy się tym specjalnie nie przejmowałam, wychodząc z założenia, że jak ktoś musi budować poczucie własnej wartości na umniejszaniu innych, to on ma problem, nie ja. Serio, dopiero sobie przypomniałam, że coś takiego się zdarzało.

Dla mnie w tej chwili powodem do wstydu może być najwyżej to, że czegoś nie wiem lub nie umiem. W takich sytuacjach bardzo szybko staram się dowiedzieć, nadgonić i nauczyć, choć nie wszystko się da nadgonić. Ale pamiętam też inne lata, gorsze, i inne powody do wstydu.
Wiem też, że te wielkie telewizory kupowane za chwilówki albo markowe ubrania i telefony u ludzi, których realnie na to nie stać, biorą się często z potrzeby nieodstawania. Ze wstydu właśnie. Jest mi to obce, ale rozumiem mechanizm.
Niedawno usłyszałam o teorii Andrzeja Ledera i muszę przeczytać jego książkę Prześniona rewolucja. Tam powinno być trochę na ten temat.

Myślę, że każdemu dobrze robi, jak od czasu do czasu wyjdzie z bańki, w której żyje. Ja bardzo lubię swoją banieczkę, mam dobrze skalibrowane filtry i nie lubię się denerwować, ale ta książka nie jest denerwująca. Jest pełna obserwacji, których dokonać mogły tylko osoby bywające w dwóch (i więcej) światach.

Uważam, że zawsze dobrze mieć kilka punktów odniesienia. I nawet jeśli wolałbym w młodości, zamiast pleć buraki, pojechać do Londynu na kurs językowy, to cieszę się, że wiem, jak to jest mieszkać na wsi, w małym miasteczku, za granicą i w dużym mieście. Jak to jest być dzieckiem rolników, jak to jest być mobbowanym w pracy, jak to jest zarabiać poniżej średniej krajowej i powyżej. Możesz przeczytać świetny reportaż, obejrzeć film dokumentalny, ale to są tylko słowa, obrazy. Co mi daje ta wiedza na co dzień? Chyba lepsze reagowanie na rzeczywistość. I widzenie świata wielowymiarowo […]

(Marta Szarejko, Zaduch. Reportaże o obcości, Grupa Wydawnicza PWN 2015, s. 80)

Historie opowiadane w Zaduchu są szalenie interesujące. Intymne, często półanonimowe, żeby nikt przypadkiem nie skojarzył faktów, czasami cudnie przewrotne. Pozwalają sobie uświadomić, że wcale nie startujemy wszyscy z tego samego poziomu i nie ma równych szans. Że za tą wielką determinacją, którą często wykazują się przyjezdni, stoi ich być albo nie być.

Bohaterowie, którzy zdecydowali się z Martą Szarejko porozmawiać, często po prostu nie pasowali do swoich rodzin. Wszyscy pragnęli innego życia, choć dziś nie wiedzą, czy są szczęśliwi. Często są zagubieni i nadal nie czują się na tyle bezpiecznie, by swobodnie mówić o swoim pochodzeniu, unikają przedstawiania znajomym swoich rodziców. Kochają rodziców, często doceniają, co matka i ojciec dla nich robili, ale teraz ich sposób bycia wydaje się zawstydzający.
Czasem ten wstyd i nadmierne staranie się jest już w pokoleniu wcześniejszym i wychodzi przy wizytach ludzi z miasta.
Pojawiają się wątki samych nowych książek (nie ma po kim tych starych odziedziczyć, gdy nikt w rodzinie nie czytał), braku dokumentacji historii rodzin wiejskich (kto by na wsi tyle lat temu miał kamerę, by to wszystko nagrać), braku wsparcia w miejscu pochodzenia, gdzie panuje marazm i niewiara w zmianę.
Mnie bardzo się podobają wątki odnajdowania u siebie cech, które tak bardzo irytowały bohaterów u ich rodziców.

Poza tym – zwłaszcza kobiety – wszystko muszą robić szybko. Najlepiej kilka czynności naraz.
– I ja to niestety przejąłem. Mówię do Marka, żeby obrał ziemniaki. Zanim on wstanie, zabierze się za to, szlag mnie trafia! Mija dziesięć sekund, a ja już nerwowo trzepię talerzami. I ja też staram się robić trzy rzeczy jednocześnie.

(Marta Szarejko, Zaduch. Reportaże o obcości, Grupa Wydawnicza PWN 2015, s. 18)

Zacytowałam ten fragment, bo jest mi dziwnie bliski, hehehe.

Mogłabym jeszcze długo opowiadać o najlepszych wątkach, ale po prostu przeczytajcie tę książkę. Ja swoją muszę już zwrócić do biblioteki, ale ciężko mi się z nią rozstać. Przy najbliższej okazji kupię sobie egzemplarz. Będę wracać.

Marta Szarejko
Zaduch. Reportaże o obcości
Grupa Wydawnicza PWN 2015

,
One comment on “Zaduch. Reportaże o obcości. Marta Szarejko
  1. Ta książka jest genialna! Też niedawno udało mi się ją przeczytać i jestem nią oczarowana. Ja jestem takim słoiczkiem, który siedzi już trzeci rok w Łodzi i chyba już tu na zawsze zostanie (Śląsk/Zagłębie nie były mi pisane i po licencjacie bez żalu pożegnałam się z tym kawałkiem kraju). Bardzo dobrze było w końcu przeczytać opowieści ludzi takich, jak ja. Sądzę też, że sporo negatywnych opinii na jej temat jest wynikiem braku zrozumienia problemów, z jakimi borykają się bohaterowie Marty Szarejko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *