Z czym do ludzi, czyli co nieco o pisaniu

1457672_631427860240921_2019511028_nDziś ukazał się artykuł „Reckę napisałaś miodzio„.
Uznałam, że nie powinnam się w nim wypowiadać, jako że pracujemy z autorką dla tej samej firmy. Nie chciałam, by ktokolwiek mógł ten tekst odebrać jako „promocję znajomej”. Pewnie jestem frajerką, ale uważam że tak jest po prostu przyzwoicie. Z dwojga wolałabym w pracy pisać o blogach, niż żeby o mnie pisano.

Ale oczywiście nie odmówię sobie poruszenia tematu pokrewnego. Zwłaszcza, że łączy się on po trosze z przemyśleniami, które mam po debatach w Siedlcach. Debata z blogerami miała tytuł: Bloger to ma życie, czyli standardy blogosfery – czy są?„, zaś rozmowa z pisarkami, krytykami i przedstawicielami wydawnictw: „Polska literatura popularna i literatura środka – jaka przyszłość?”

Po pierwsze nie wywyższaj się

Zastanawiam się dlaczego w papierze tak mało pisze się o tym, co dzieje się w sieci. Czy wynika to ze strachu przed nieznanym, czy ze świadomości, że przyszłość jest w internecie (a więc realna konkurencja też). A może zakłada się, że sieć to tylko sieć. Dziwne założenie w czasach, gdy internet nie jest już tylko kolejnym medium jak telewizja, ale stałą i pełnoprawną częścią naszego życia, a kto nie jest obecny w internecie coraz częściej bywa wykluczony. Zdarzało mi się też słyszeć wypowiedzi w stylu: „Ha ha bloger? A kto to jest bloger? Dziennikarz to całkiem co innego!”
Zgadzam się. Dziennikarz to zupełnie inna bajka. Jego teksty ktoś redaguje, kto inny robi korektę. Tekst promuje i firmuje czasopismo, dla którego dziennikarz pisze. Jeśli autor coś zepsuje, przeważnie nie ma natychmiastowego odzewu. Jeśli będzie odzew w internecie, dziennikarz raczej sam nie musi gasić takich pożarów i zawsze może się nieco schować – bo ktoś ten tekst klepnął i puścił. A jakby co to jest jeszcze firmowy prawnik.

Bloger nie ma się za czym schować, odzew ma natychmiastowy i sam walczy z przecinkami (bywa że jak ja, bezskutecznie). Pod wieloma względami ma trudniej, ale ma możliwość natychmiastowego reagowania i bliskiej interakcji z czytelnikiem. I sam może wybierać tematy. Jakie tylko chce.
Za blogowaniem o książkach przeważnie stoi pasja. Znów: to ma plusy i minusy. Minusy, bo podobno tylko grafoman pisze dla samego pisania. Plusy? Na pierwszy rzut oka widać za którym tekstem stoi pasja i miłość do lektury, komu się naprawdę podobało, a kto poleca książkę znajomego czy z musu. Bloger przeważnie nie musi pisać o książkach, o których pisać nie ma ochoty. No chyba, że wziął już i wydał pieniądze za tekst. Jeśli się w tym siedzi wystarczająco długo, łatwo się takie rzeczy wyłapuje.
Wszędzie są gorsi i lepsi, więc zasadne bywa powiedzenie, ze dziennikarz X jest lepszy niż bloger Y. I odwrotnie. Ale stwierdzenie że któraś grupa jest lepsza od drugiej jest nieuprawnione i zwyczajnie śmieszne.

Dobry blog – cóż to takiego?

Mam wrażenie, że nikt tego dotąd głośno nie powiedział. Ktoś kto dobrze pisze niekoniecznie będzie miał dobrego bloga. Blog to społeczność wokół niego skupiona, interakcje, dyskusje w komentarzach i odrobina wolności. Doskonale rozumiem dlaczego Jarek Czechowicz odżegnuje się od blogosfery.
Czechowicz nie prowadzi bloga. Publikuje teksty krytycznoliterackie. Zastanawiam się tylko jak to się ma do tego, że niebawem ma prowadzić warsztaty „Od blogera do pisarza. Od książek  do bloga, czyli jak, co i dla kogo pisać, by zaistnieć w blogosferze”. Zaciekawiło mnie to. No chyba, że to tytuł roboczy i nie oddaje w pełni zagadnień, które będą poruszane.

Kiedy przygotowywałam spotkanie z blogerami i rozmawiałam z Mariuszem Szczygłem oczywiste dla nas obojga było, że reporter może opowiadać jak uwodzić czytelnika, mówić o tym co on uważa za wartościowe, jak dobrze pisać, ale nie jak dobrze pisać bloga!
Szczygieł uwiódł wszystkich, włącznie ze mną, ale gdyby zaczął dawać rady jak być blogerem roku… I tu dochodzimy do kolejnego zagadnienia.

Kto może mówić blogerowi jak pisać?

Nikt. Zgadzam się, że duża część blogów jest kiepska, ale nigdy nie zgodzę się na ograniczanie kiepsko piszącym publikowania w internecie. To jest sprzeczne z ideą internetu. Można się śmiać z osób o mentalności gimnazjalistek i kółek adoracji pt. „reckę napisałaś miodzio”. Ale to tym ludziom coś daje. Choćby były to tylko (aż?) interakcje z podobnymi sobie. Nie dam głowy, czy gdybym w czasach podstawówki miała dostęp do internetu i dzisiejsze narzędzia, nie byłabym taka sama. Po panelu w Siedlcach Kasia  opowiadała mi jak płakała ze śmiechu czytając swoje dzienniki z podstawówki. Prawo wieku. Wszyscy byliśmy w jakimś stopniu tymi gimnazjalistkami od „recek”.
Nie zgadzam się, że warsztaty pisania blogów wiele zmienią. Bo znów – można uczyć warsztatu, ale ten nie zawsze decyduje o powodzeniu bloga. Poczytajcie niektóre popularne blogi z innych kategorii. Czasami nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać, a tysiące lajków lecą.  Poza tym można mieć opanowane ogólne zasady i schemat pisania recenzji (czy tego nie powinno się uczyć w szkole?), ale nie przejawiać talentu. Warsztaty są pomocne, ale nie załatwiają sprawy.

Według mnie zasady są trzy:

1. Bardzo dużo czytać. Książek, blogów, recenzji.

2. Opanować język i zasady pisania tego, co pisać chcemy

3. Pisać. Pisać. Pisać.

Czy źle piszący nie psują wizerunku całej reszcie?

Serio? Czy to jak pisze Danielle Steel wpływa na to jak postrzegasz Stephena Kinga, a to jak postrzegasz Kinga – na twoje postrzeganie Doris Lessing? Czy to nie tak, że każdy pracuje na własne nazwisko?
Problem pojawia się gdy wychodzisz poza blog, chcesz być pisarką/pisarzem literatury popularnej i stajesz się częścią wielkiej masy o takich samych okładkach, dlatego że wydawca wie, że w innej formie twojej książki nie sprzeda. Co z tym zrobić?

Na debacie z wydawcami podczas Festiwalu Literatury Kobiecej „Pióro i Pazur” pojawiały się głosy, że największym i najbardziej wpływowym wydawnictwom należałoby zakazać publikowania chłamu. Rozumiem rozgoryczenie, też żal mi drzew, ale to jest prawo rynku. W idealnym świecie być może państwo dotowałoby wydawnictwa, by nie musiały wydawać kiepskiej literatury. Może gdyby wydawnictwa się zmówiły, że koniec z wydawaniem złych książek, koniec z szablonowymi okładkami i czytelnik nie miałby wyboru… tyle że to nierealne.

Podczas dyskusji padło jeszcze jedno pytanie: Czy bloger nie boi się, że skrzywdzi książkę recenzją.

Odpowiedziałam, że najpierw należałoby odpowiedzieć sobie czy jakikolwiek krytyk literacki ma taki wpływ na potencjalnych czytelników. A co dopiero bloger. Prowadzący mi przerwał, mówiąc że o tym będziemy rozmawiać na debacie z wydawcami. Temat jednak nie wrócił, a ja jestem ciekawa jak to widzicie. Kto ma tak duży wpływ na odbiorcę, by jego słowo decydowało o sukcesie lub porażce książki. Mam kilka osób w sieci, których preferencjom ufam, bo są zbliżone do moich. Ale nawet w tych przypadkach, jeśli mam wielką ochotę na książkę, nikt mnie nie zniechęci. Poza siecią nie ufam żadnym opiniom o książkach. No jeszcze mojej siostrze wierzę. Wierzę, ale dla pewności wolę włożyć rękę w bok ;)

 

Zdjęcie z początku tekstu dedykuję mojej „grupie dyskusyjnej” z facebooka.

(Komentarze wymagają mojego zatwierdzenia, ponieważ ostatnio trafia się mnóstwo spamu. Przez pół dnia nawet 30 angielskich komentarzy od botów. Zasypałoby mnie bez blokady)

27 comments on “Z czym do ludzi, czyli co nieco o pisaniu
  1. Dobry tekst. Zgadzam się właściwie we wszystkim. Pisuję tu i tam, ale blog to coś zupełnie innego. Mam na myśli to, że na przykład wykopuję tam jakąś książkę z lat 60. o partyzantce Armii Ludowej i piszę sobie o niej. Nie biorę książek od wydawców – do tego służą mi redakcje – i piszę to, co myślę.
    Z tym wpływem blogerów na czytelników też się zgodzę. To znaczy wydawnictwa postępują dziwnie – zdarzają mi się co jakiś czas dość przypadkowe odkrycia cytatów z moich tekstów jeśli książkę pochwaliłem. Złych słów o książkach jakoś nie widuję ;) A grono moich czytelników raczej ma odmienne preferencje, co od czasu do czasu widać.

    • To symptomatyczne, że kilkakroć zdarzyła mi się właśnie sytuacja, że pochwalne pienie od razu lądowało na ściance wydawcy, a tekst z choćby śladem skargi na jakieś niedociągnięcie wydawnicze, nie. Ale, że ja nisza nisz i amator wśród amatorów oraz czytający z własnych zasobów, to mi to w zasadzie lotto, więc jeno informuję :P

        • No i dochodzimy do stałego punktu programu, czyli biznes jest biznes. Ja pasuję i chcę czasów, kiedy to o książce się pisało i rozmawiało, a nie o tym jak o niej pisać, za ile, kto może i tych wszystkie marketingowo reklamowych pierdu, pierdu :P
          PS. A mnie i owszem dziwi taka praktyka, ale ja chyba nie na te czasy chowany :P

          • Ale serio, pamiętasz czasy, gdy firmy publicznie same chwaliły się swoimi błędami czy bublami? Bo wytężam pamięć i chyba nie pamiętam :)
            Pewnie, że byznes is byznes, czego innego oczekiwać od firm działających na rynku? Nie wiem, skąd oczekiwanie, że wydawnictwa różnić się będą od innych firm dookoła. Mogło tak być w czasach dotowania ich działalności, ale nie wtedy, gdy tłuką się z innymi wydawnictwami na śmierć i życie, przebijając się przez te hałdy wydawanych książek. To tyle o wydawnictwach, to zwykłe firmy, ot co.

            A co do blogowania, to może się lepiej wypowiadać nie będę, dość mam już ludzi, którzy wyciągają moje słowa i potem na nich budują niezły hejt (i dla jasności – nie piję tu do Ciebie, bo Ty tego nie robisz, ale w necie nic nie ginie :>)

          • Agnieszko no właśnie. Firmy, rynek, hałdy, przebijanie się, hejt … A gdzie książka i czytelnik w tym wszystkim? Ja wiem, ja wiem, naiwny ze mnie miś i odrzućmy ideały, bo książka to produkt i bloger produktu i producenta niewolnik, ale przecież starszy pan może sobie pomarzyć, nes pa? :)

          • Ej no, ale ja sobie nie wyobrażam żeby firmy dawały złe info o sobie.
            „Kupcie tę książkę. Bazyl mówił, że kiepska i ma literówki, ale polecamy”
            To tak jakby blogerka na blogu w dziale „o mnie” poza publikacją wyróżnień napisała: część ludzi mówi, że to co piszę jest g. warte. zapraszam.
            :)

          • No i wróciliśmy do firmy i blogera jako firmy, budującej wizerunek, unikającej złego pijaru itd. i w ten deseń, który nawet w rubryce „o mnie” musi kombinować, żeby być dobrze postrzeganym marketingowo, odsłonowo i, bo ja wiem, opiniotwórczo(?) Ja bez obaw umieściłbym Elu taki wpis, gdybym tylko odczuwał potrzebę zredagowania rubryki „O mnie”, bo tak właśnie jest. Nie bójmy się prawdy :D

          • Ale to nie jest kwestia blogera jako firmy, tylko budowania swojego wizerunku ogólnie. Jak będziesz mówił ludziom, że jesteś do dupy to w końcu uwierzą. A co najgorsze, sam uwierzysz. Jeśli ktoś będzie Cię szukał w sieci i uzna, że chce Ci dać robotę, dwa razy to przemyśli jeśli zaczniesz od „tak w ogóle to ja źle piszę”. Niestety czy to się nam podoba czy nie, internet nie jest jakoś oderwany od rzeczywistości i jak wszędzie, gdzie każdy może nas usłyszeć, trzeba uważać co się zamieszcza.

          • Widzisz, pojawiły się kolejne słowa klucze, które świadczą, że piszemy z dwóch zupełnie różnych pozycji – dać robotę. Prowadzenie bloga nie było i nie jest dla mnie sposobem na zwrócenie na siebie uwagi kogokolwiek z wyjątkiem ludzi, którzy chcą pogadać o książkach. Tylko tyle. I nie rozumiem skąd nagle wzięlismy się z „część ludzi mówi …”, w „będziesz mówił ludziom …”? :)

          • Bazylu. „dać robotę” nie odnosi się do „dać zarobić na blogu”. Mam wrażenie, że mówię jedno, a Ty rozumiesz drugie.

          • Rozumiem różnicę, z tym, że ja ciągle o zwykłej rozmowie o książce, takiej wirtualnej kawie, połączonej z wymianą poglądów o lekturze, a Ty o czymś w rodzaju castingu :). Nie zejdziemy się w pół drogi, bo zupełnie o co innego nam chodzi :) Podsumowując, przychylam się do komentarza grendelli. Róbmy swoje, według własnego pomysłu, a reszta … Reszta niech pozostanie milczeniem :D

          • Chodziło mi o to, że każdy człowiek (poza psychopatami pewnie) ma potrzebę bycia dobrze postrzeganym. Dlatego nie bijemy nikogo, kto rozmawia za głośno przez telefon w autobusie, choć mielibyśmy ochotę i nie oddajemy moczu w południe na środku ulicy. Bo budujemy pozytywny wizerunek siebie. Tu nie są istotne pobudki, bo może ich być milion, ale tak po prostu jest. Staramy się postępować jak przyzwoici ludzie, nawet gdy generalnie mało nas obchodzi co myślą o nas inni – dla samych siebie chcemy być ok. I dlatego poznając kogoś nowego, idąc na rozmowę w sprawie pracy, będąc na wywiadówce w szkole nie wyjeżdżamy od razu ze wszystkimi swoimi wadami.
            O czymś takim myślę.
            Dlatego na blogu nie piszesz pod nazwiskiem, że kłócisz się z żoną, nienawidzisz teścia, sąsiadowi masz ochotę zrobić krzywdę, a do tego najchętniej powiedziałbyś szefowi, żeby Cię w d. pocałował.
            O takim „budowaniu wizerunku mówię”, a nie o tym, że na blogu należy występować jako alfa i omega, bo najważniejsze żeby ktoś kontrakt zaproponował.
            „Sprzedajemy się” codziennie, ale nie nazywamy tego w ten sposób. Nazywamy to staraniem się o kobietę, pozytywnym przechodzeniem rozmów kwalifikacyjnych, byciem sympatycznym sąsiadem. Nie stoi za tym merkantylizm, ale hmm realia?

          • p.s. wbrew pozorom ja rozumiem, co do mnie mówisz, ale mam wrażenie, że Ty nie rozumiesz mnie.
            Sądzę też, że Ty masz podobne odczucia co do sytuacji :)
            Więc przyjmijmy, że rozumiemy argumenty drugiej strony, ale mamy inne poglądy. Ok?
            Miłego dnia.

      • Bazyl, rozumiem Twoje podejście i że brakuje Ci rozmowy o książkach na blogu, bo i mnie brakuje, ale z drugiej strony rozumiem też Zakurzoną, bo blog jednak jest pewnym narzędziem budowania wizerunku. Niekoniecznie buduje się go dla jakichś korzyści i nie koniecznie po to by nas ktoś po głowie głaskał, ale jednak. Bazylu, masz przecież wyrazisty wizerunek jako bloger, który czyta li i jedynie dla przyjemności i nie interesuje go współpraca z wydawnictwami i inne takie ;)

        • Obecnie nie interesuje go również pisanie, więc do niezależności doszedł jeszcze totalny minimalizm. Ale może wkrótce to zmienię, jak znajdę troszkę zagubionych gdzieś po drodze sił witalnych i radości płynącej z klepania w klawiaturę :)

  2. Zaczęłam sobie myśleć nad tym zagadnieniem, że zły pisarz wpływa na postrzeganie dobrych pisarzy i tak najpierw pomyślałam to co Ty, że w zasadzie dlaczego? Większość złych (w moim odczuciu), odrzuconych pisarzy, po prostu nie czytam więcej, bez jakiegoś rzutowania tym, co przeczytałam owych „złych” pisarzy na jakichkolwiek innych. Ale naszła mnie jednak refleksja, że pisarki z Siedlec odrobinę racji mają, w jednym przynajmniej względzie. Otóż sama jestem (byłam powiedzmy, bo po Siedlcach chciałabym dać drugą szansę) przeciwniczką literatury kobiecej. Nie w sensie wrogości, bo nie byłam wrogiem, tylko przeciwniczką jej czytania, co oznaczało z grubsza, że sama nie sięgałam i nie polecałam (ale też nie negowałam tego, że ktoś inny czyta). Wszystko miało związek z tym, że niestety trafiłam na złe pisarki w tym nurcie. Przeczytałam kilka powieści, sięgając niejako na chybił – trafił (bo nie znałam gatunku za bardzo) i trafiłam niestety na sam chłam. Efekt? Przestałam w ogóle szukać dalej, gatunek uznałam, że nie jest dla mnie i być może, straciłam kilka naprawdę fajnych, ciepłych historii, które są rzetelnie skonstruowane fabularnie nawet jeżeli bazują na tym samym schemacie. Stąd jakaś odrobina racji pewnie jest.. Ale odrobina, bo ogólnie uważam, że dobry pisarz i tak będzie dobry, a zły tylko pięknie z nim będzie kontrastować.

    • Zgadzam się z Kasią, że jednak w pewien sposób oceniamy daną grupę pisarzy przez pryzmat tych, których twórczość z tej grupy poznaliśmy. Przykład literatury kobiecej jest tutaj świetny. Znam to z autopsji: boję się sięgać po literaturę kobiecą, bo tkwi we mnie pewność, że książka będzie kiepska i szablonowa. I nawet jeśli już kilka razy przekonałam się, że to błędne myślenie, to wciąż mam opory przed sięganiem po „babskie” lektury.
      Inny przykład, czyli pojawiające się tu i tam hasła: nie lubię literatury polskiej, nie czytam polskich autorów. Dlaczego? Tu odpowiedzi są różne, często idiotyczne, ale pojawiają się i takie, które głoszą, że po rozczarowaniu kilkoma polskimi książkami, ten i ów porzucił czytanie polskich książek (co nadal jest idiotyczną odpowiedzią, ale przynajmniej zawiera jakiś argument).

      • Zgadzam się, że tu jest problem. Ale nie wiem co mogłoby być wyjściem. Ciężko o wydawanie czegoś poza schematem.
        To znaczy na tyle odróżniającego się od gatunku (wizualnie, opisem itd.), by mogło być postrzegane jako klasa sama w sobie. Tyle że skoro piszesz w określonym gatunku, do określonego odbiorcy chcesz dotrzeć, a ten preferuje książki o konkretnej szacie graficznej… i kręcimy się w kółko.
        (nie wiem czy piszę jasno, czy nie bredzę o tej porze już)

        • Chodzi Ci o to, że ciężko jest wydać książkę z np. literatury kobiecej, która z jednej strony przyciągnie fanki gatunku, a z drugiej, będzie miała opis/okładkę niezniechęcającą całej reszty? To faktycznie niełatwe, bo to tak, jakby ktoś chciał promować moje ukochane kryminały różowymi okładkami i opisami sugerującymi, płomienny romans ze zbrodnią w tle. Nie wiem czy przyciągnęliby wielbicielki babskich czytadeł, ale ja prawdopodobnie z takiej serii bym zrezygnowała.

  3. Ja to jestem za wolnością w internecie, na polu blogów książkowych również ;) I nie odmawiałabym nikomu prawa publikowania tekstów o książkach, nawet, jeśli są to streszczenia fabuły, wychodząc z założenia że każdy cielęciem był, a co z cielęcia wyrośnie, to się zobaczy. Fakt, blogów jest dużo i są różne. Są takie, na których opinie są dla mnie zbyt suche (choć nie odmawiam ich autorom umiejętności pisania o literaturze, po prostu szukam jednak czegoś innego), są i infantylne, są takie na których teksty są sążniste i takie na których znajdziemy zaledwie wzmianki, są poświęcone jednemu gatunkowi i są eklektyczne. I dobrze, niech będą, niech się rozwijają, niech rosną. Widocznie jest na nie zapotrzebowanie (choćby było to zapotrzebowanie samego autora). Jeśli znajdą się osoby, chętne pracować nad warsztatem na szkoleniach – ok. Ale jeśli ktoś na warsztaty nie chce, to jego sprawa, nie patrzmy od razu z góry. Moje ulubione blogi, to takie których autorów coś wyróżnia, czy to specyficzny styl, czy poczucie humoru, czy cięty język, czy jeszcze jakieś inne „coś”, różnie bywa. Zdarza się, że książki czytane przez blogera/blogerkę z ulubionego bloga są z innej bajki niż te czytane przeze mnie. Co nie przeszkadza mi z przyjemnością przeczytać tekstu, bo ogólnie lubię słowo dobrze pisane ;). Kiedyś komentowałam, choćby słowami „świetny tekst”, ale potem przez internety przetoczyła się dyskusja, że takie komentarze są bez sensu, że blogerzy nie lubią takich komentarzy, bo nic nie wnoszą, i że w ogóle to „tani” sposób na promocję swojego własnego bloga… i jakoś mi się odechciało. Teraz z kolei myślę sobie, że chyba wrócę do swojego dawnego nawyku, bo w sumie czemu nie powiedzieć komuś, że napisał świetny tekst? Ok, ponieważ danej książki nie czytałam, nie mogę nawiązać dyskusji czy polemizować, ale mogę powiedzieć, że mi się podoba. A jeśli ktoś uzna, że chcę po prostu promować swój kawałek internetowej podłogi, to jego problem. Zdarza się.

    A przy okazji, świetny tekst ;)

    • Wychodzę z założenia, że w takiej ilości blogów/książek każdy znajdzie coś dla siebie. Problemem jest brak czasu na odsiewanie tego, co cię nie interesuje.
      I cieszę się, że w blogosferze książkowej jest, jak jest – że (według mnie) nie ma guru i poddanych. Że ta struktura nie jest jak stożek, ale jak kręgi. Wiele ośrodków, wokół których gromadzą się różni ludzie. I że te grupy się często zazębiają.
      Poza tym już dawno nie poznałam grupy tak sensownych ludzi, jak blogerzy, jakich miałam przyjemność spotkać od tegorocznych targów książki do dziś. Serio. Jestem zachwycona.

      • O, właśnie zazębiające się kręgi, a nie hierarchiczne piramidy – bardzo dobrze to ujęłaś. Mam podobny problem z szukaniem i odsiewaniem, bo czeluści internetu są rzeczywiście przepastne. W poprzednim komentarzu, zapomniałam tez dodać, że blogi są dla mnie czymś innym niż słupem z recenzjami, są jakąś społecznością, płynną wprawdzie i zmienną, ale to właśnie w nich lubię :)

  4. W doborze lektur sugeruję się jedynie swoimi doświadczeniami. Opinie o książkach oczywiście czytam, ale nie mają one wpływu na moją decyzję w kwestii „czytać czy nie”. Zapewne znajdzie się spore grono czytelników, którzy biorą pod uwagę oceny innych osób na temat danej książki. Ja jednak twardo trzymam się przekonania, że każda lektura wnosi „coś” nowego do mojego życia i nie byłabym sobą gdybym z niej zrezygnowała pod wpływem opinii kogoś innego.

  5. Muszę przyznać, że nie mam wiele do dodania, bo napisałaś dokładnie to, co myślę w tej kwestii. A jeśli chodzi o potęgę słów krytyki lub polecenia, to mam wrażenie, że to trochę zrzucanie odpowiedzialności. Każdy z nas, a już zwłaszcza z nas czytających, swój rozum ma i nie chce mi się wierzyć, że ślepo będzie zapatrzony choćby w najlepszego w jego oczach bloga. Na końcu to każdy z osobna decyduje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *