Warszawskie kawiarnie literackie. Andrzej Z. Makowiecki

IMG_6270aaDziś prawdziwych Cyganów kawiarni literackich już nie ma – tak twierdzi Andrzej Makowiecki. Smutno mi, bo obawiam się, że autor ma rację.

Ale od początku.
Pod koniec podstawówki i na początku liceum zaczytywałam się biograficznymi książkami Samozwaniec i twórczością poetów Młodej Polski. Wielbiłam też oczywiście Skamandrytów. Napisałam sobie czarnym tuszem na ścianie wiersz Przerwy-Tetmajera Eviva l’arte! i głosiłam buńczucznie, że nawet gdybym miała zginąć w czasie wojny, chciałabym żyć w dwudziestoleciu międzywojennym, tylko po to, by móc bywać w Ziemiańskiej i obcować z artystami. Było to oczywiście głupie rojenie młodej dziewczyny bez wiedzy i doświadczenia, za to z nadmiarem wyobraźni, ale temat kawiarni literackich towarzyszy mi od lat.

Sami rozumiecie, że choć dziś za nic nie chciałabym się cofać do międzywojnia, poczułam nagły imperatyw wewnętrzny, by przeczytać tę książkę.

Nie liczcie na obiektywizm. Nie wiem czy jest w ogóle coś takiego przy ocenie książek. Zakochałam się już w sposobie wydania. Iskry są w tym świetne. Mam porównywalne do tego, wspaniałe wydanie „Na rogu świata i nieskończoności„, o którym jeszcze kiedyś napiszę.
W Kawiarniach na obwolucie zamieszczono fragment rysunku Jerzego Szwajcera Bywalcy Ziemiańskiej, na okładce zaś fragment obrazu Mai Berezowskiej Na pięterku w Ziemiańskiej.
Jest też wszyta zakładka, która nie dość że przydatna, bardzo podoba się Bronce.

duzeFOTO42

Myślę że warto zacząć opisywanie Warszawskich kawiarni literackich od cytatu, który i samemu autorowi wydał się trafny i istotny. Są to słowa Jana Śpiewaka ze wspomnień „Przyjaźnie i animozje” (Warszawa 1965, s.308-309):
Do kawiarni przychodziło się dla przyjemności i z nałogu. Żadnych spraw tam się nie załatwiało, nawet osobistych (…) Kawiarnia nie była instytucją, była klimatem. Ciągnęła nas tam przede wszystkim atmosfera niespodzianki, a więc pewnej dziwności i niecodzienności. (…) Przychodziło się do kawiarni z ciekawości, z chęci poznania ludzi, zrozumienia ich sposobu myślenia, ich reakcji na sprawy życia i sztuki. To nie był snobizm, to było szukanie twórczej nowości, wewnętrznych mechanizmów tworzącej się sztuki na gorąco, in statu nascendi.(…) W niejednej europejskiej kawiarni, w bezpośrednich rozmowach prowadzonych na wpół serio, rodziły się nowe kierunki w sztuce.

Andrzej Z. Makowiecki w jednym się tylko z cytowanym poetą nie zgadza – w swej książce traktuje bowiem kawiarnię literacką jak instytucję kultury i należałoby, by ta spełniała kilka warunków:
Kawiarnia literacka powinna się mieścić w lokalu publicznym, dostępnym dla każdego. Powinno się w tym lokalu znajdować jednak miejsce, do którego nie każdy ma wstęp. Półpiętro, salka lub stolik, który zaludnią „wybrańcy”. Liczy się tu pewna elitarność i reglamentowanie dostępu do stolika, należałoby być wprowadzonym, by móc tam zasiąść.
Publika jest tu bardzo ważna, stąd zastrzeżenie, by lokal był ogólnodostępny. To obserwatorzy, zainteresowani i „pretendujący” dodają splendoru artystom, aktorom kawiarnianego spektaklu, jak ich nazywa Andrzej Makowiecki.
W kawiarni odbywa się pewna gra, podskórna walka o dominację i strefy wpływu. Jedne stoliki dominują nad drugimi, pewne towarzystwa nadają ton i skupiają na sobie uwagę.
Po latach jedni będą pisać, że twórcy z uprzywilejowanych stolików z sympatią witali młodych i utalentowanych i pełni byli wyrozumiałości, żartując także z siebie nawzajem, drudzy zaś będą wspominać o klikach i koteriach, zmowach i niszczeniu twórców „z przeciwnych obozów”. Prawda zaś zapewne, jak zwykle, leżeć będzie pośrodku.
Jest jeszcze kwestia konieczności powiązań prawdziwej kawiarni literackiej z konkretnymi prądami w sztuce i powstawaniem pism literackich, a także swego rodzaju giełdą – ustalaniem kto jest na topie, kogo się teraz czyta. „kawiarnia literacka jest miejscem, w którym rodzą się opinie i hierarchie literackie (lub szerzej – artystyczne), powstają opiniotwórcze pisma literackie.”(s. 16)
Po przeanalizowaniu wszystkich przypadków, dojdzie jeszcze jedna cecha. Kawiarnia literacka bywa zwykle powiązana z polityką, przeważnie stanowiąc miejsce spotkań opozycji.
Najlepiej zaś, by była umiejscowiona w centrum, tak by wszystkim było do niej po drodze, pomiędzy załatwianiem ważnych spraw w wydawnictwach i spotkaniami „na mieście”.

Już we wstępie zostałam urzeczona założeniem autora, że nie będzie fabularyzował i wymyślał fikcyjnych dialogów, będzie cytował wspomnienia świadków, zamiast opowiadać swoimi słowami. Od razu chce się czytać dalej.

Założenie jest takie, że kawiarnia literacka występuje w polskiej kulturze od końca XIX wieku, do końca XX. 
Poznajemy więc chronologicznie, najpierw kawiarnie młodopolskie: Starorypałka (Marszałkowska 88), U Miki (Nowy Świat 1), Mleczarnia Nadświdrzańska (Nowy Świat 11), Udziałowa (Nowy Świat 15).
Następnie są nam przedstawiane kawiarnie, najlepiej chyba opisane przez ostatnie dziesięciolecia – kawiarnie literackie działające w II Rzeczpospolitej: Pikador (w jednej z filii Udziałowej, Nowy Świat 57), Kresy (Nowy Świat 53), Mała Ziemiańska (Mazowiecka 12), IPS (Królewska 13), SiM, Zodiak (Traugutta 6) i cukiernia Wroczyńskich na Senatorskiej, gdzie spotykała się redakcja „Bluszcza” i jej współpracownicy.

Każde z tych miejsc ma bogatą historię, każde nieco inny charakter i klientelę. Niektórzy bywalcy (czytaliście Zaruby „Z pamiętników bywalca„? To też Iskry wydały, jedna z moich ukochanych książek, odkąd ją odkryłam w czasach liceum.) krążyli pomiędzy lokalami, tak by wpaść tu na dowcip, a tam na pół czarnej – bywanie podobno uzależnia. Nie tylko ludzi: „Stałym bywalcem Ziemiańskiej był jeszcze ogromny pies, wyżeł o piaskowej siwiejącej sierści. Przychodził w towarzystwie swego pana, poety Brzozowskiego, który w latach trzydziestych wrócił z włóczęgi po całym świecie (…) Po śmierci Brzozowskiego psem zaopiekował się ktoś z jego domowników, hodowało się psisko dalej na Starym Mieście, ale nie potrafił już zrezygnować z kawiarni. Codziennie wierny wspomnieniom o swym panu i własnym przyzwyczajeniom (…) koło południa zjawiał się na sali w Ziemiańskiej. Znali go tu wszyscy i Dek spokojnie lokował się pod znajomym stolikiem, zjadał stawiane mu ciastko i spędziwszy dwie-trzy godziny „na kawie” wychodził i wracał do domu.” (K. Uniechowska, Antoni Uniechowski o sobie i innych, Warszawa 1961, s.276) 
Nie będę wymieniać nazwisk, na pewno wszystkie znacie, poza tym, warto zajrzeć do książki, po prostu.

Później wybucha wojna i niektóre z kawiarni działają dalej, zniszczone dopiero w czasie powstania lub tracące na znaczeniu jeszcze później.
Po wojnie wszystko wygląda inaczej. Część dawnych bywalców wyjechała, część nigdy już nie wróci, a i realia warszawskie bardzo się zmieniły.
Po wojnie liczyły się już tylko: Antyczna (potocznie „U Marca” na Placu Trzech Krzyży), kawiarnia PIW (Foksal 17), Ujazdowska (Aleje Ujazdowskie 47) i kawiarnia Czytelnika (Wiejska 12a).

O każdym z tych lokali wspaniale opowiada Andrzej Makowiecki, czerpiąc ze wspomnień tych, co zapamiętali. 
Najdłużej przetrwała tradycja spotkań w Czytelniku, gdzie główny stolik tworzyli: Tadeusz Konwicki, Irena Szymańska i Gustaw Holoubek, ale „swoje” stoliki mieli też: Paweł Jasienica, Stefan Bratkowski, Henryk Bereza.
W 1993 Konwicki zakończył tradycję spotkań w Czytelniku, wpadał już tylko na obiady.

Jednak z grona bywalców Czytelnika w miarę upływu lat coraz to kogoś ubywało. W roku 1999 zmarła Irena Szymańska, w roku 2008 Gustaw Holoubek, w cztery lata później Andrzej Łapicki i Henryk Bereza„(s. 207)

Kazimierz Kutz, pięknie zamyka temat: „Od czasu gdy umarł Henio Bereza, opustoszał Czytelnik. To przy jego stoliku po śmierci Holoubka huncwotowaliśmy bezwstydnie. Najpierw oglądaliśmy świeże książeczki w księgarni obok, a potem swawoliliśmy o poezji, seksie, polityce. W środku wszyscy – i Henio, i Głowa, i Gucio, i ja – mieliśmy szczeniaka. Czytelnik to było piękne miejsce, ale niestety już umarło. Teraz przychodzę tam, zjadam obiad, wychodzę. Z poczuciem absurdu przemijania.”
 (Jest we mnie szczeniak, Gazeta Wyborcza, 16-17 lutego 2013, Magazyn Świąteczny)

Smutno, prawda? To kolejny świat, którego już nie ma, o którym już tylko czytamy.

A ja się zastanawiam… wiem, że autor nie znalazł w Warszawie kawiarni, które spełniałyby wymienione wyżej założenia, ale może istnieją miejsca gdzie spotykają się współcześni twórcy. Może swoje „pisma” wydają w internecie i czasem chciałoby im się bawić jak bawili się Żeromski, Lechoń i Słonimski – w „pamiętanie”, czyli najlepszą znajomość detali wybranego dzieła literackiego. Gdzie „pytania w rodzaju: Jakie cztery wyrazy rozpoczynają „Popioły” – dyskwalifikowały tego, co je zadawał: ‚Idź się pan bawić do wstępnej klasy’.”(J.Brodzki, Wspomnienia o Stefanie Żeromskim, s.292)

Jeśli chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat (a warto), odsyłam Was do książki.
Jedyne czego mi bardzo brakowało to mapek i rozrysowania tego wszystkiego w przestrzeni miejskiej. Poza tym – super.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Warszawskie kawiarnie literackie”, nawet jeśli zaznaczono że są cytatami z innych publikacji, znalazłam je u Andrzeja Z. Makowieckiego.

Andrzej Z. Makowiecki,
Warszawskie kawiarnie literackie,
Iskry, Warszawa 2013

, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *