W syberyjskich lasach, czyli udawanie bywa zabawne, ale czy nie fajniej jest robić różne rzeczy naprawdę?

IMG_4993aTą książką zainteresowałam się dość dawno, po notce u Padmy. Od tamtej pory starałam się nie wracać do jej recenzji, żeby się nie sugerować, ale sprawdzę sobie później, czy wyczytałam to samo ;)
Najpierw obejrzałam dokument pokazujący okoliczności powstawania książki. Film zachwycił mnie krajobrazami i przez większość czasu kazał mi się martwić losem psów, które Tesson wziął sobie/dostał na kilka miesięcy.

Co zawiera książka? Zapis sześciomiesięcznego bytowania nad brzegiem Bajkału. Sylvain Tesson, francuski pisarz i poszukiwacz przygód, w 2010 roku postanawia odciąć się od świata na pół roku: „Zabrałem ze sobą książki, cygara i wódkę. Reszta – przestrzeń, cisza i samotność – już tam była. Na tym pustkowiu zorganizowałem sobie życie skromne i piękne, skupione wokół najprostszych zajęć.(…) Przeżyłem zimę i wiosnę, zaznałem szczęścia, rozpaczy i na koniec – spokoju. W sercu tajgi przeszedłem metamorfozę. (…) Codziennie zapisywałem swoje myśli w zeszycie.*”

Mam po tej lekturze mieszane uczucia.
Darzę sympatią i zrozumieniem outsiderów i ludzi, którzy z własnej woli stawiają się poza nawiasem społeczeństwa.
Pamiętam dokument, który jakiś czas temu wywołał poruszenie wśród widzów. Była to opowieść o wykształconym mężczyźnie, bez mała intelektualiście, czytającym Rilkego w oryginale i znającym kilka języków, który zamieszkał na odludziu w spartańskich warunkach (w jakieś szopie czy starym wagonie) i wraz z dwoma innymi mężczyznami wypalał węgiel drzewny.
Jego towarzysze pochodzili z odmiennego świata, nie sprawiali wrażenia specjalnie wykształconych ani powalająco inteligentnych, ale wszyscy trzej byli sobie oparciem nie tylko na co dzień, ale i w trudnych chwilach (odwiedzanie w szpitalu, sprzątanie „chaty” na powrót towarzysza).
Pod wzmianką o tym dokumencie rozgorzała dyskusja, wiele osób było oburzonych. Byli bardzo krytyczni, no bo jak ten człowiek mógł się wyłamać. Ucieka! Jest bezwartościowy dla społeczeństwa! A miałby możliwości. Powinien się udzielać w „normalnym” życiu.
Przeraziło mnie, jak bardzo ludzie boją się inności, niestandardowych wyborów, życia toczącego się poza utartymi koleinami – nawet gdy nie chodzi o ich życie. I jak agresywnie na taką sytuację reagują.
Swoja drogą, ciekawe ilu z „oburzonych” coś dla społeczeństwa rzeczywiście robi, mam dziwne przeczucia, że może promil. Zresztą, w tamtych komentarzach widać było straszne zakłamanie – ten najlepiej wykształcony został potępiony, za to o dwóch pozostałych się „społeczeństwo” nie upominało. Nie twierdziło, że są bezproduktywni. Czyżby w ich przypadku brudna praca fizyczna była ok?

Nie uważam, że człowiek ma obowiązek za wszelką cenę udzielać się społecznie. I naprawdę rozumiem tęsknotę za prostym życiem, spartańskimi warunkami i porzuceniem wszelkich konwenansów.
Społeczeństwa nie lubią eremitów. Nie wybaczają im ucieczki. Potępiają zuchwalstwo samotnika, który rzuca innym w twarz: ‚idźcie dalej beze mnie’. Odosobnić się, to znaczy wziąć urlop od bliźnich. Eremita neguje misję cywilizacji, jest jej krytyką. Hańbi umowę społeczną.*”
Tyle że jeśli chodzi o Tessona, mam dziwne poczucie udawania. Może gdyby chciał sprawdzić ile w tym odosobnieniu wytrzyma, albo zmęczony cywilizacją postanowił wieść swoje życie nad Bajkałem, nawet gdyby po sześciu miesiącach uznał, ze nie daje rady, byłoby to bardziej „prawdziwe”.
Nie wiem.
Przyznaję, że zaczynam mieć alergię na pomysły w stylu: zrezygnuję z czegoś na kilka miesięcy, a potem to opiszę. Wiecie, będę udawać, ze żyję w PRL-u albo przestanę pić kawę w sieciówkach i nie będę korzystać z komórki, a potem opowiem wam, jak wielką przemianę wewnętrzną przeszłam.
Niektóre z tego typu eksperymentów mnie zainteresowały, ale głownie dlatego, że miały szersze przełożenie. Mówiły coś o kondycji dzisiejszej rodziny, na przykład.
Tyle że tego typu „eksperymentów” z czasem pojawia się coraz więcej, a każdy chce pobć sukces poprzedniego…

W tym wypadku byłam sceptyczna. Mówiąc złośliwie: przyjechał żądny wrażeń Francuz , zabrał ze sobą wszytko, co potrzebne do życia, a także trochę tego, co zbędne lecz uprzyjemniające codzienność. Zaplanował sobie pobyt, turnus kończy się za pół roku. Później wróci do swojej cywilizowanej paryskiej rzeczywistości.
Ok, projekt artystyczny. Może powie nam to coś o człowieku, który to robi, ale czy ta wiedza będzie miała na cokolwiek przełożenie? Czy dzięki temu projektowi uzyskamy dostęp do jakiejś części wiedzy o człowieku w ogóle, a może w tej chacie będzie mieć początek nowa doktryna filozoficzna?
Pozostaję sceptyczna.

Książkę Tessona przeczytałam w dwa wieczory. Bo: lubię dzienniki, średnio raz dziennie myślę o odosobnieniu nad jeziorem,  marzy mi się proste życie i piękne krajobrazy. Znalazłam tam opis tego wszystkiego, więc lektura była mi przyjemną rozrywką, ale poza wynotowaniem sobie kilku myśli autora, nic więcej z niej nie wyniosłam.

Im jestem starsza (choć mam wrażenie, że chodzi raczej o wiek mierzony nie latami, a ilością przeczytanych książek), tym bardziej drażni mnie „poetyckość”. Lubię prosty język. Umiem docenić piękno oryginalnej, wyszukanej frazy, ale w tym wypadku jest to bardziej język pełen egzaltacji niż  prawdziwego piękna.
Uwięziona woda błaga o uwolnienie. Lód oddziela żywe organizmy (…)od nieba. Tworzy zaporę między życiem a gwiazdami.*”
Pieszczota słońca przez szybę jest niemal równie zmysłowa jak pieszczota ukochanej dłoni*” itd.itp.
Jeśli odrzucić te wszystkie porównania czasu do starego psa (który spoczywa u nóg pana) o „dramaty zziębniętych sosen”, będzie z tego dość zajmująca lektura.
Zwłaszcza, że jest tam też nieco o spotkaniach z tubylcami i historii okolicy.

Zastanawia mnie jednak skąd u dorosłego mężczyzny przekonanie, że od czegoś w tej chacie ucieknie. Albo że znajdzie tam to, czego nie mógł dogonić na ekstremalnych wyprawach. Przecież problem, który go dręczy, jest z nim wszędzie.
W pewnym momencie, chyba nie zdając sobie do końca sprawy, że opisuje samego siebie, stawia trafną diagnozę: „Sami jesteśmy odpowiedzialni za ponurość naszego życia. Świat jest szary od naszej własnej banalności.*”, tyle że rozwiązanie jakie podaje, jest nieco banalne: „Życie wydaje się blade? Zmieńcie życie, zmieńcie chatę. Jeśli w głębi lasu świat wciąż wydaje się ponury, a otoczenie nie do zniesienia, to znaczy, że macie problem z własną osobą!*”
Rozumiem potrzebę zmiany życia i marzenie o chacie w lesie – podzielam te pragnienia; myślę jednak, że do wyciągnięcia powyższych wniosków, nie trzeba wyjeżdżać nad Bajkał.

W syberyjskich lasach naprawdę nieźle się czyta, póki się człowiek za dużo nie zastanawia. Spora część z nas ma w sobie potrzebę ciągłego eksplorowania (także własnego wnętrza), jednak czterdziestoletni facet, który musi jechać w odosobnienie, by odkrywać siebie i pisać wiersze na śniegu, wydał mi się dość pretensjonalny i dziwnie podobny do poszukujących odmiany bogaczy, którzy zaszywają się w klasztorach, by dotrzeć do swojego prawdziwego ja.

Przecież wiadomo, że więzienie to nie miejsce, ale stan umysłu…

196428_10150464925215253_426954805252_17852883_2254908_n

* Sylvain Tesson W syberyjskich lasach, Noir sur Blanc, Warszawa 2013

,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *