W Paryżu dzieci nie grymaszą. Podobno

IMG_5015aRzadko czytuję poradniki. Nie czytałam żadnych nawet wtedy, gdy byłam w pierwszej ciąży. Co prawda kupiłam Spocka, ale w jego Dziecku sprawdziłam może trzy dolegliwości wieku dziecięcego. Wszystko robiłam intuicyjnie i nigdy nie miałam obaw w stylu „jak ja go wykąpię/ubiorę, jak on taki mały?”, choć wcześniej nie zajmowałam się dziećmi, a nawet z premedytacją ich unikałam.
W czasie, gdy dzieci wchodziły nam na głowę i byłam tym załamana, kupiłam kilka poradników, ale znów nie przeczytałam. Chyba lepiej mi idzie wypracowywanie własnych metod niż czytanie cudzych, dość jednak ogólnych, rad. Ogólnych, bo nie dostosowanych do konkretnego, mojego, przypadku. Różnie to wychodzi w ostatecznym rozrachunku.

Gdy wspominałam o tej książce, słyszałam od Was czasem, że autorce się wydaje, że odkryła w tej Francji Amerykę, albo że teraz to wszystkie mamy być Francuzkami. No i że to wszystko już było.
Mam tę przewagę, że nie wiem co już było. Nie czytałam :) Zaś „W Paryżu dzieci nie grymaszą” czytało mi się dużo lepiej niż poprzednią książkę Pameli Druckerman.
Jeśli tylko potraktować tę książkę jak źródło ciekawostek socjologicznych, można naprawdę interesująco spędzić czas nad tą lekturą. Zresztą w tej mieszance poradnika i relacji autobiograficznej, przeważa raczej to drugie. Żadnych podpunktów, żadnych złotych rad i wartościowania przedstawianych poglądów. Raczej spostrzeżenia matki, która przy okazji jest także nieco wścibską dziennikarką, więc zbada skąd się wzięła idea creche (żłobka) w Paryżu, pójdzie na egzamin wstępny jednej ze szkół kształcącej pracowników żłobków, żeby sprawdzić kto może zajmować się dziećmi albo pojawi się w komisji, która decyduje co paryskie żłobki będą serwować swoim podopiecznym przez najbliższe miesiące.

To wszystko w kraju, gdzie ginekolog w trosce o życie seksualne młodej matki, przepisuje jej zabiegi rehabilitacji krocza (słyszała ktosia o czymś takim u nas?), a że macierzyństwo nie daje prawa do zaniedbywania siebie, można dołożyć do tego jeszcze poporodową rehabilitację mięśni brzucha.
Francuzki nie są grube, mają właściwie ustawione priorytety (większość wraca do dawnej figury w trzy miesiące po urodzeniu dziecka, wtedy też kontynuują karierę zawodową, bo tylko niewielki procent z nich zostaje w domu), ich dzieci jedzą wszystko, a do tego to państwo finansuje im świetnie zorganizowane żłobki – czemu nie jestem paryżanką?? – chciałoby się żałośnie zaskomleć.

Podoba mi się, że w tle problemów z dziećmi, jest całkiem sporo opisów funkcjonowania paryskiej rodziny  jako całości.
Pamiętacie skandal jaki wywołała kilka lat temu swoją wypowiedzią Ayelet Waldman?
Kiedy kilka lat temu napisałam dla ‚New York Timesa’ esej, w którym przyznałam się (zwróćcie uwagę na nomenklaturę. ‚przyznałam się’ -jak do czegoś wstydliwego – dopisek zakurzonej), że szczęście jako kobiety jest dla mnie ważniejsze od bycia doskonałą matką, ludzie zostawiali na moich drzwiach kartki: ‚powinno ci się odebrać dzieci’” [Wysokie Obcasy NR 34(637)]
Okazuje się, że to, wśród paryżan, nikogo nie szokujący sposób widzenia świata.
Związek jest najważniejszy. To jedyna rzecz, jaką w życiu wybierasz. Nie wybierasz sobie dzieci, wybierasz męża. Dlatego powinnaś sobie z nim ułożyć życie i powinno ci zależeć na tym, żeby wszystko poszło dobrze. Chcesz dobrze z nim żyć, szczególnie wtedy, kiedy dzieci opuszczą dom. Dla mnie to prioritaire.*”

Co do ogólnych opisanych w książce zasad, które powodują brak marudzenia u paryskich dzieci, to jest z nimi jak z ćwiczeniami na mięśnie grzbietu. Już wyjaśniam. Czasami mnie nachodzi, że powinnam znaleźć sobie jakieś ćwiczenia na wzmocnienie mięśni grzbietu. Szukam, a kiedy już znajdę i obejrzę instrukcje, stwierdzam że to bardzo proste i przecież znam te ćwiczenia. Dobra, to nie muszę nawet zapisywać, są przecież oczywiste. Następnego dnia biorę się za ćwiczenia i… nie mogę sobie większości z nich przypomnieć.
Czyli, w trakcie czytania konkretnych rad (choć to raczej studia przypadków) mogłabym się zgodzić z głosami, które mówią o odkrywaniu Ameryki. Dlaczego jednak sama tego nie stosowałam, wskutek czego byłam zapewne pięć razy bardziej umęczona i znerwicowana niż mogłabym być stosując proste zalecenia? BO NIE PAMIĘTAŁAM. Niby wiedziałam jak ważna jest konsekwencja i sztywne ramy, prawie każdy to wie, ale gdy przychodziło co do czego, moja stanowczość jakoś się rozpuszczała pod wpływem zmęczenia i tęsknoty za świętym spokojem. I w sumie żałuję, że wówczas, gdy moim malutkim dzieciom było bardzo daleko do ideałów, nie miałam tej książki pod ręką.
Gdyby była pełna rad i pouczeń oraz bezpośrednich zwrotów do adresata, w stylu: „zrób tak i tak”, rzuciłabym ją po pięciu minutach. Tyle że przy tej lekturze można udawać, że się czyta tylko ze względu na zainteresowanie inną kulturą wychowywania dzieci, a po cichu notować, notować…
Nim się człowiek weźmie za odchudzanie, szuka pozytywnych przykładów – myślę, że przy próbach zmiany podejścia do własnych dzieci, takie przykłady działają podobnie, a tych można w książce znaleźć naprawdę sporo.
Zdaję sobie sprawę, że autorka musiała dokonywać generalizacji, na pewno można znaleźć w Paryżu przypadki całkiem odmienne, ale nie odejmuje to książce Druckerman walorów.

* Pamela Druckerman W Paryżu dzieci nie grymaszą. Wydawnictwo Literackie, 2013

Książkę można kupić w formie ebooka na koobe.pl

,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *