Potężny elaborat na temat subiektywnego odbioru współczesnej literatury polskiej

To miała być krótka recenzja książki, ale jakoś tak mi się samo napisało. O moim odbiorze części literatury w ogóle. Dla zainteresowanych jedynie książką „Disko”, części bezpośrednio powiązane wytłuszczyłam, bo nie wiem kto będzie w stanie przebrnąć przez cały ten tekst. Nic to. Napisał mi się, to daję. Jest bardzo subiektywny. Pocieszę Was, że to ostatni taki długi w tym miesiącu, bo teraz zasiadam do eseju o macierzyństwie, który trafi zupełnie gdzie indziej.
Do rzeczy więc, do rzeczy.
Niedawno dotarła do mnie książka „Disko” Anny Dziewit-Meller. Pan kurier przyniósł powieść po południu, rzuciłam się na nią od razu, cierpiąc na niedosyt polskiej prozy kobiecej, przeczytałam w kilka godzin (nie takie to znów trudne, bo książka ma niepełne 300 stron i bardzo dużą czcionkę) i się zadumałam. Trwam w jakiejś dziwnej konsternacji od tamtego czasu, bo naprawdę nie wiem, co mam o tej książce myśleć, ani tym bardziej, co Wam napisać.

Czasem trafiam na recenzje książek przepełnione słowami takimi jak „asocjacje kulturowe”, „dekonstrukcja”, „apoteoza” i „kontestacyjne nawiązania”. Mogłabym opisać „Disko” w tym stylu, mówiąc dużo i stosując sformułowania świadczące o mojej erudycji, nic w zasadzie nie powiedzieć i uwolnić się od konieczności sprecyzowania, czy ta lektura w ogóle jakoś do mnie trafiła.
Na niektórych okładkach widać takie recenzje. Zupełnie jakby jej autor został poproszony po przyjacielsku o polecenie książki kolegi po piórze i nie miał serca odmówić, równocześnie starając się nie skłamać, że to, co przeczytał mu się podobało. Zawsze mnie to bawi.
Chciałam przeczytać tę powieść ze względu na autorkę. „Disko” to jej powieściowy debiut. Wcześniej czytałam „Głośniej” zbiór rozmów z pisarkami, przeprowadzonych przez Dziewit i Drotkiewicz.
W tym zbiorze wywiadów pada stwierdzenie: „Virginia Woolf zachęca kobiety, żeby pisały jak najwięcej, żeby tworzyły różne formy. Nawet jeśli coś nie jest wybitne, to może stać się inspiracją do napisania czegoś ważnego.” Według mnie tak można określić „Disko”.
Będzie trochę o moim odbiorze polskiej prozy współczesnej w ogóle.
Świat osób piszących zawsze mnie fascynował, stąd moje wielkie zainteresowanie biografiami i dziennikami pisarzy. Lubię Masłowską jako osobę (z daleka, nie wiem jak byłoby z bliska). Interesuje mnie to, co mówi w nielicznych wywiadach i według mnie „Paw królowej” rzeczywiście był nowatorski i niesamowity.
Jak mówi Szczuka w „Głośniej„: „to jest jakaś taka ekstaza na granicy rozpaczy, szał rytmu, erupcja jakaś szamańska”.
Potem czytałam „Lubiewo” Witkowskiego i on tam też nie stroni od kurew i chujów, zwłaszcza chujów i fragmentów piosenek. On, jak Masłowska, słowem buduje tempo. To wszystko ma fajny rytm, a przy tym jest na tyle dobrze napisane, że człowiek (ja) każdą scenę doskonale widzi, czuje zapach i w ogóle przenosi się w tamtą rzeczywistość.
Bo powieść Witkowskiego to wycieczka po rzeczywistości, której już nie ma. Podróż po widmowych trasach, na które, nawet gdybym była starsza, nigdy bym nie trafiła. Próba opisania świata, który znika. Taka trochę antropologiczna zabawa z tematem, który nie był raczej wcześniej w polskiej literaturze eksplorowany.
Ale Paw jest jeden, Lubiewo jedno, kiedy zaś po raz kolejny trafiam na książkę (u Dzido też jest coś takiego z językiem), w której totalny bałagan przeplatany cytatami ma symbolizować bogate przemyślenia bohatera, to ja dziękuję, postoję.
Pisząc to, czuję się trochę jak panowie z zakładu karnego, o których mówiła Masłowska w pierwszym wywiadzie do Wysokich Obcasów (przerwa na przeszperanie szafek) 28.09.2002.
(…)Mam kolegę, który teraz wyszedł na przepustkę z więzienia. Mówił, że dał „Wojnę…” do przeczytania kilku więźniom. Im się podobno bardzo nie podobała.
– Co im się nie podobało?
– No, że napisane jest tak, jak się normalnie mówi, i że to nie jest w ogóle żadna książka.”
Na dobrą sprawę, nie chodzi wcale o to, że Dziewit pisze w ten sposób. Po prostu, ja – prosty czepialski czytelnik, mam wrażenie, że gros popularnych powieści można podzielić na trzy grupy.
Jedni, jak Dehnel, który mnie śmiertelnie nudzi*, próbują pisać bardzo wysublimowanym intelektualnym językiem.
Drudzy jak Kalicińska w „Domu nad rozlewiskiem”, który chciałam przeczytać, by odkryć co ludzi porwało i zrezygnowałam po dwudziestu stronach, czy Grochola, której którąś powieść otworzyłam, bo znajoma mi powiedziała, że ta jest zupełnie inna i głęboka i parsknęłam śmiechem po kilkunastu zdaniach, tworzą coś pretensjonalnego, co jest DLA MNIE oczywistą stratą czasu. Choć nie uważam, że to źle, że się sprzedają. Komuś to jest przecież najwyraźniej potrzebne.
Poza tym, zgadzam się ze Szczuką: „Jest cały ogromny rynek literatury popularnej dla kobiet – Sowa, Grochola, Szwaja – pisarki, które nie są literacko wybitne i zasadniczo nie mają znaczenia, ale mogą się utrzymać dzięki pisaniu, i to nieraz całkiem nieźle. I to mnie bardzo cieszy.” Bo cieszy mnie, gdy ludzie mogą żyć robiąc to, co lubią i jeszcze czuć, że są potrzebni.
I wreszcie jest trzecia grupa, która pisze tak, jak się jej na klawiaturę leje.
W sumie dobrze, bo jest w tym jakiś realizm i gdyby to dotyczyło tylko dialogów, szybko bym przyklasnęła. Nie ma bowiem nic gorszego niż dialogi rodem z polskich seriali.
Znów zacytuję wypowiedź z tomu „Głośniej„, tym razem Masłowską, a nie Szczukę: „Wrażliwość na język np. w serialu polega na tym, że bohater prosty mówi „kurde” i „poszłem”, a bohater nastoletni: „ale draka, byłem dziś na dywaniku u dyra”.(…)Wszyscy mówią poprawnie, tak samo, z szaloną dykcją, tak żeby oglądało to 10 milionów ludzi z ilorazem inteligencji od 1 do 100 i każdy zrozumiał, tak się nie mówi, to jest jakieś esperanto.
Tyle że w książkach, o które mi chodzi, w tym „Disko”, to nie tylko dialogi. To całość. Czytam to i się zastanawiam, czy nie mogłabym przeczytać, że autor na coś spojrzał i coś pomyślał (Mankell jest dobry w takim budowaniu fabuły). Czy za każdym razem muszę wchodzić w głowę postaci i trafiać na strumień pełen całego tego śmiecia, który każdy z nas ma w głowie? Czy musi być w tych powieściach taki mentalny Big Brother, gdzie chcę czy nie chcę, jestem obrzygiwana zawartością umysłu każdego z bohaterów.
Nie wiem. Drażni mnie to.
Zupełnie jakby nikt z piszących w tej grupie nie nie miał całkowicie indywidualnego stylu, a wszyscy trzymali się konwencji, bo tak się pisze powieść współczesną. Czy każda wydana książka musi być jak „Cukier z normie”?
IMG_2030a„Disko” Anny Dziewit-Meller dotyka tematu pedofilii. Główny bohater, Paweł Kozioł jest postacią na wskroś antypatyczną. Kombinatorem bez serca, który dla własnego interesu jest w stanie wykończyć kobietę, która go urodziła.
Zainteresowany młodymi dziewczętami, zatrudnia się w szkole podstawowej i rozpoczyna łowy.
 
Mam wrażenie, że każda z przedstawionych w tej powieści postaci jest przejaskrawiona. Począwszy od zdewociałej i ślepej na rzeczywistość dyrektorki szkoły, przez niedojrzałą nauczycielkę-nimfomankę, na zdziwaczałym i wiecznie podpitym ojcu skrzywdzonej dziewczynki skończywszy. I tu bym się przyczepiła, bo o ile w jakiejś „chmielewskopodobnej” opowieści spokojnie można wprowadzić tylu aktorów charakterystycznych, bo to się mieści w konwencji takiej głupotki, stosując ten zabieg przy tematyce wykorzystywania nieletnich, gra się stereotypem.
To nie jest dobre. To ten sam mechanizm, który każe nam wmawiać sobie, że porządnej dziewczyny nie można zgwałcić. Że skoro została skrzywdzona to na pewno sama się prosiła. Analogicznie tutaj: skoro pedofil miał szanse na omotanie młodego dziewczęcia to dlatego, że dziewczę owe było półsierotą wychowywaną przez apodyktyczną i mocno religijną babcię i miało ojca pijaka. Zupełnie jakby dla przeciętnej nastolatki dom rodzinny był oazą szczęścia i taka z pełnego bogatego domu nie była podatna na czułe słówka perfidnego zwyrodnialca. Nie wiem jak to rozumieć. Może tak się autorce zwyczajnie „napisało”.
Może to był jakiś szał twórczy i gotowa powieść po prostu pojawiła się na papierze.
 
Intryga narasta i zmierza w oczywistym kierunku. Wiadomo, że będzie moment kulminacyjny, gdy zbiegną się wszystkie wątki i bomba wybuchnie. (naprawdę czekałam aż się pojawi deus ex machina) I ktoś mógłby zawołać „och, jakie to śmieszne”, tu biskup, a tu afera i jeszcze ta mdleje, a inna jest w ciąży, no przednia rozryweczka… gdyby nie temat.
 
Nie wiem. Może zamysłem była groteska. Może kontrowersyjne połączenie tematu z tym sposobem narracji miało czytelnika zdenerwować.
Nie wiem, nie jestem profesjonalnym krytykiem literackim.
Faktem jest, że „Disko” połknęłam od razu, na jednym wdechu. Do tego, zastanawianie się nad tą lekturą, pobudziło mnie do napisania elaboratu na temat mojego odbioru literatury współczesnej w ogóle.
Może więc autorka osiągnęła swój cel. Nie wiem. Sami spróbujcie.

——————————————–

* dopisek po latach: nudzi w powieściach. Jego książka o czytaniu jest super. Felietony i wpisy na fejsie też.

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *