Po. O małżeństwie i rozstaniu. Rachel Cusk

IMG_6198aNie do końca ufam sądom wygłaszanym post factum. Autointerpretacjom dokonanego.
W tekście o Korczaku pisałam, że gdy człowiek patrzy z dystansu, ma pełniejszą wiedzę, a przede wszystkim zna „zakończenie”, pojawia się tendencja do przekłamań. Wszystko ma inny wydźwięk dla historyka, a inny dla świadka, zwłaszcza gdy ten drugi notuje na bieżąco.

„Po”, jak tytuł wskazuje, było pisane po fakcie, ale wówczas cała sytuacja była jeszcze świeża, zdawałam więc sobie sprawę, że wywiad, który niedawno przeczytałam zawiera słowa i opinie wygłaszane wcześniej wielokrotnie. Opinie, które autorka przetrawiła, przeanalizowała i w których być może nieco sugerowała się interpretacjami czytelników.
Będę się upierać, że w dużej mierze to odbiorca wymyśla znaczenia i często odnajduje w książce coś, o czym autor nawet nie pomyślał. Czytelnicze powidoki nakładają się na wizje autora i tak się chyba tworzy historia konkretnej powieści. Na pewno powstało mnóstwo uczonych teorii na ten temat, a jako że jestem tylko ubogą staruszką zbierającą chrust, prochu nie wymyślę.
Dla pełniejszego obrazu, chciałam jednak dotrzeć do poglądów autorki z czasu, gdy „się działo” i przypomniałam sobie o starszej rozmowie z Rachel Cusk.

W rozmowie sprzed trzech lat odnajduję kobietę pełną siły. Krótko po rozstaniu. Aktualny wywiad pokazuje już kogoś innego. Teraz to żywa ilustracja do padających w książce słów: „Ludzie obalają rządy, a potem chcą ich powrotu (…) Przeganiają dyktatorów, a potem nie mają pojęcia, co ze sobą zrobić. Narzekają, że odtąd nie ma już prawa i porządku, wszystko jest jednym wielkim chaosem.”*(s.126/127)
Myślę, że w wypadku, gdy autorka dokonuje cięcia na organizmie rodziny – jak głosi okładkowa nota – nie da się i nie powinno oddzielać pisarki od treści. Stąd moje posiłkowanie się rozmowami z nią.

Książki Rachel Cusk dotykają spraw bolesnych, ale mówią o nich w sposób, który porusza dotąd nienazywane. Wszyscy wiedzą, że to istnieje, ale nie jest to rzecz, o której mówi się głośno. Za książkę o macierzyństwie bardzo się Cusk dostało. I tu pisarka wyznaje zasadę, o której kiedyś rozmawiałam z jedną z mądrych kobiet, wykładających w Instytucie Psychologii. Jeśli ktoś się tak ogromnie oburza w związku z jakimś tematem, jest bardzo prawdopodobne, że sam ma z tym problem. Tym sposobem mężczyźni najgłośniej potępiający homoseksualistów, zwykle są niepewni swojej męskości (pamiętacie American Beauty?) Cusk, słusznie więc stwierdza: „A wie pani, co je tak złości? Że to, co piszę, jest prawdą. Kiedy ludzie się tak wściekają, to oznacza tylko tyle, że się trafiło w czuły punkt. Wiedzą, że jest dokładnie tak, jak piszę, dlatego się tak bronią. Jeśli kobieta pisze: ‚Ta książka to gówno’, wiem, że mogłaby być bohaterką mojej książki.„**

Co jednak może oburzać ludzi w książce mówiącej o rozpadzie konkretnego związku? Autorka twierdzi, że głównie to, co powiedziała o wpływie rozwodu na dzieci.
Zdanie, które najczęściej słyszę od czasu rozwodu, brzmi: „Dzieci są bardzo odporne i sobie poradzą”. (…) Mam wrażenie, że dorośli w ten sposób pozbywają się poczucia winy, tworząc kolejną nieprawdę. A prawda jest taka, że dzieci wcale nie są odporne, są niezwykle delikatne, rozwód nie jest OK, rozwód jest wielką krzywdą im wyrządzoną. Dałam to do zrozumienia w książce i myślę, że właśnie to najbardziej wkurzyło czytelników.”***

Mnie ten pogląd nie irytuje, zgadzam się z nim, choć wiem że nikt nie podejmuje takich decyzji dla kaprysu i chwilami po prostu nie widzi się innego wyjścia. Czasem w ogólnym rozrachunku, PO jest lepiej. Ale dla dzieci to nigdy nie jest proste doświadczenie, nawet jeśli „teraz wszyscy się rozwodzą”.

Zadziwiają mnie natomiast inne wnioski, do których doszła Cusk.
Mam wrażenie, że przypisuje małżeństwu jakąś nadprzyrodzoną moc, pisząc że ono porządkuje cały chaos oraz że długoletni związek bez ślubu, nawet gdy wychowuje się wspólnie dzieci, to zupełnie co innego. I nie rozważa tego z punktu widzenia jakiejś religii (tu jeszcze można by próbować dojrzeć różnicę w postrzeganiu), ale twierdzi że samo podpisanie aktu małżeństwa wszystko zmienia.
Małżeństwo jawi się jako skostniała forma – już samo pojęcie rodziny to wpisywanie się w jakiś schemat, w którym każdy gra sztywno swoją kwestię – a kiedy człowiek próbuje wyjść z narzuconej społecznie roli, zmodyfikować zasady, nie dość że nie ma alternatywnych wzorców (bo koń małżeństwo jakie jest każdy widzi), to jeszcze każda próba reformy tego układu, nieuchronnie prowadzi do katastrofy.
Widzę opowieść, w której grają swoje role, w scenografii, za jaką służy cały świat. (…) Świat bezustannie ewoluuje, rodzina zaś usiłuje pozostać taka sama.(…) Niczym dom na pustej równinie, zarazem schronienie i więzienie.”*(s.35)

Tak samo trudno jest mi przyjąć słowa, które w książce wygłasza przyjaciółka autorki: „Małżeństwo trzyma ludzi na dystans(…) Zawierając małżeństwo oddalasz się od ludzi, ale kiedy ono dobiega końca, wychodzą do ciebie i witają z powrotem w swoim gronie.” Nie dość że doświadczenia, o których opowiadały mi znajome rozwódki, są zgoła inne – nagły towarzyski ostracyzm, bo jeszcze się tym rozwodem koleżanki zarażą, bądź obawa że od teraz zaczynasz polować na ich mężów – to mój chłopski rozum podpowiada mi coś jeszcze innego.
Pamiętam, że nad lekturą „Nowej singielki” wstrzymałam oddech, w chwili gdy autorka mówiła, że osoba żyjąca samodzielnie potrzebuje sporej grupy życzliwych jej ludzi do normalnego życia. Znajomości wyspecjalizowanych: od pomocy w drobnych pracach po towarzyszenie w wyprawach do kina lub wysłuchiwanie zwierzeń. Już parskałam, że przecież każdy potrzebuje takich ludzi, mniej lub bardziej. Liczniejszej bądź mniej licznej grupy, ale jakąś stronę dalej autorkę też co do tego olśniło.
Nie zgodzę się więc, że „izolacja społeczna” wynika z małżeństwa. Wynika z charakteru człowieka, etapu w życiu i kilku innych czynników.
Cusk jednak tak to czuje i przedstawia. W końcu to jej historia i osobiste odczucia oraz wnioski. Zdecydowanie bliżej mi do „‚OK, to jest jej wersja tej opowieści, moja jest inna’„** niż atakowania autorki.

Lubię gdy ludzie piszą umiejętnie o swoich doświadczeniach. Tu mogą być przecież ekspertami.
Cusk czerpie garściami ze swojego życia, szczera i chłodno analityczna, a przy tym przecież cierpiąca. Rozbierająca na części ból swój jako kobiety, której małżeństwo się rozpadło i dużo większy ból matki, która bierze pełną odpowiedzialność za to, czego doświadczają jej dzieci.
Rozstanie z mężem to dla niej także ponowne narodziny jako matki. Zaskakująca chwila, w której do głosu dochodzi jakieś pierwotne, dalekie od poprawności ja: „Miejsce dzieci jest przy mnie.”*(s.27)

Przy czytaniu zajmujących powieści zwykle pojawia się niedosyt, poczucie że książka mogłaby być dłuższa.
„Po” ma jakieś 150 stron i choć rzadko kiedy tak dokładnie oglądam, to co czytam, a tu nie pominęłam żadnych podziękowań ani spisu treści, mam poczucie że jest to coś kompletnego. Dzieło dokonane.
Jakby pisarka uznała, że czas zastosować się do własnych słów: „Ja chcę żyć (…) Nie chcę opowiedzieć swojej historii. Chcę żyć.”*(s.125)
Rachel Cusk należy do tego wąskiego grona, które ceni słowo i umiejętnie go używa. Już po pierwszym wywiadzie z nią nasunęło mi się, że często się spotyka autorów książek, ale rzadko pisarzy. Cusk jest pisarką, bez wątpienia.

* cytaty z „Po. O małżeństwie i rozstaniu.”
**cytat z rozmowy z Rachel Cusk przeprowadzonej przez Agnieszkę Jucewicz „Nie jestem z waszego plemienia” Wysokie Obcasy z 13.11.2010 nr45(598)
***cytat z rozmowy z Rachel Cusk przeprowadzonej przez Agnieszkę Jucewicz „Wysiedlona” Wysokie Obcasy z 31.08.2013 nr35(742)

Rachel Cusk
Po. O małżeństwie i rozstaniu.
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2013

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *