Po co komu poezja?

Dwa lata temu zrobiłam kurs redakcji merytorycznej, a potem zdecydowałam się iść za ciosem i zrobić specjalizację redaktorską na polonistyce. Coraz mniej jestem przekonana do mojej przyszłej pracy w tym zawodzie – brak mi cierpliwości i musiałabym być rewelacyjna, by zarabiać przyzwoite pieniądze – ale staram się wyciągnąć z tych studiów wszystko, co mogą mi dać dobrego. Cierpię na obsesję poszerzania horyzontów.

Na uniwersytecie poza przedmiotami naprawdę interesującymi (kto by pomyślał, że gramatyka opisowa, antyk i kultura języka będą najfajniejsze), jest całkiem sporo takich, które nie dość że są nudne, to jeszcze – kompletnie nieprzydatne. Jest też taka grupa zajęć, która, choć nie uczy niczego, co dość prosto przełożyłoby się na przyjemne korzyści materialne, wspaniale wzbogaca i zmusza do czytania rzeczy, na które normalnie nie starcza czasu. W tym semestrze jednym z takich przedmiotów okazała się Analiza dzieła literackiego.

Przed pierwszymi zajęciami byłam sceptyczna. Trudno mi się wyzbyć wątpliwości co do tego, ile może mi przekazać osoba kilkanaście lat młodsza. Wiem, że jeśli wykładowca dobrze wykorzystał ostatnie lata, może przekazać całkiem sporo konkretnych informacji i wiedzy specjalistycznej, jednak osadzenie tego, co przekazuje, w szerszym kontekście, odnoszenie do rzeczywistości i własnych doświadczeń – to kwestie, przy których czasem mimowolnie podskakuje mi brew.
I zostałam miło zaskoczona. Pewnie dlatego, że prowadzący przełamał nieco schemat prowadzenia zajęć – powtórki z poetyki chyba bym nie zniosła – i postanowił pokazać nam trochę poezji współczesnej, która jest zwykle traktowana po macoszemu w programach nauczania.

Miłosze i Herberty mają się nieźle, ale mało omawia się kobiet, poetów młodych, nieoczywistych, niepublikowanych w zachowawczych pismach, które nikogo poniżej nominacji do Nike na łamy nie wpuszczają.
Na poezji znam się jak świnia na gwiazdach – zatrzymałam się gdzieś na Tuwimie, Baczyńskim, Szymborskiej – dlatego jestem zachwycona tym, że ktoś mi może pokazać coś całkiem innego.
Co prawda na pytanie o współczesnych poetów wymieniłam chyba najwięcej nazwisk z całej grupy, ale przecież Szychowiak, Mansztajna, Kapelę, czy Głuszaka znam głównie z Facebooka, a nie twórczości poetyckiej.

Na początek wzięliśmy na tapet tekst Andrzeja Franaszka Dlaczego nikt nie lubi nowej poezji i teksty z nim polemizujące. W jednym z tekstów, z którymi moglibyśmy się na zajęciach zgodzić, autorstwa Julii Fiedorczuk, jest taki fragment:

Czytanie poezji nie jest łatwą przyjemnością. Jest tak samo trudne i twórcze jak pisanie. Jest działaniem na przekór światu, który wymusza na nas szybkie tempo życia i reagowania i wychowuje nas na konsumentów, nie na twórców czy uważnych obserwatorów – czegokolwiek. Czytanie poezji jest przyjemnością, której trzeba się nauczyć – ale nie jest to niemożliwe. Jednak „przeciętny Polak” podobno nie czyta wierszy ani w ogóle niczego.

Jeden z kolegów zauważył, że pobrzmiewa w tym jednak ton wyższości. Powiedział, że to wypowiedź osoby uprzywilejowanej, która ma na to czytanie czas, i która może żyć z pisania. Wtedy poczułam, jak bardzo sama tego czasu nie mam. Jak pędzę z pracy do domowych obowiązków, do układania się z buntującymi się dziećmi, do wizyt u weterynarza, obiadów, prań i lektur na weekendowe zajęcia, a i tak zawsze coś pozostaje nieodhaczone i odłożone na potem.

Mam wrażenie, że czytanie i pisanie poezji po czasie licealnych egzaltacji jest odbierane jako niegroźne dziwactwo, z którym jednak lepiej się nie obnosić. Jest w tym podejściu nieco politowania dla ludzi, którzy marnują czas na pierdoły, zamiast znaleźć sobie jakieś normalne zajęcie. Sama przestałam czytać i pisać wiersze lata temu. Przy szkolnym analizowaniu poezji zawsze miałam poczucie, że to wszystko, co się mówi o danym wierszu, wymyślono potem. Że poeta po prostu tak napisał, tak czuł, coś mu dobrze brzmiało, a krytycy to potem ubierają w programy i dopatrują się sensów. Interpretacje tworzone na siłę, gdy poezję fajnie jest po prostu czuć.
W codziennej prozie brakuje jednak miejsca na takie fanaberie. To trochę jak z tymi dyskusjami o bezzasadności kształcenia humanistów, bo co taki jeden z drugim umie, po co w społeczeństwie tak niepraktyczne zawody. Zawsze się śmiałyśmy z siostrą, że gdybyśmy miały raz jeszcze wybierać, poszłybyśmy na jakąś ekonomię, zarządzanie, coś przyszłościowego… po czym poszłam na polonistykę.

A teraz, trochę wbrew rzeczywistości, postanowiłam czytać poezję. Bez nabożeństwa. Z czystej ciekawości. Przytargałam do domu kilka tomików z nieznanymi* mi nazwiskami na okładkach i jedną antologię „nowych głosów z Polski”.

Schowam na chwilę swój sarkazm i „zdrowy rozsądek” i zobaczę, co będzie dane mi znaleźć.

Tylko nikomu nie mówcie.

* Kłamię. Dwa z nich kojarzę.

Share

One Comment

  1. Anna Reply

    Nie skończyłam polonistyki, nie znam się na poezji. Ale ostatnio też do niej wróciłam, trochę przypadkiem, trochę celowo wpadły mi w ręce różne tomiki wierszy, nie tylko polskich autorów.

    Z porównania wyszło, że najmniej rozumiem autorów najmłodszego pokolenia, jak choćby wybór z „Zebrało się śliny”. Są zbyt hermetyczni. Tworzą w czasach, w których nikt ich już nie czyta, więc nie przejmują się tym, że przeciętny czytelnik, nie-poeta, nie-specjalista, nie-krytyk ich nie zrozumie. Zbyt często piszą dla siebie, albo żeby się popisać w środowisku. Nie wiem jak jest z poetkami, tak trudno im się przebić, we wspomnianej antologii są tylko 3 nazwiska poetek, które w ubiegłym roku napisały chyba lepsze rzeczy.

    Na szczęście trafiły mi się też bardzo przyjemne zaskoczenia. Tak było z wierszami Antije Krog – są mocne, obrazoburcze, feministyczne, świeże, a przecież napisane przez kobietę, która jest już po sześćdziesiątce, cieszy się uznaniem w kraju i za granicą. Polecam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *