Orlando Figes. Poślij chociaż słowo

IMG_2356aNie przepadam za romansami, a historie miłosne mnie nudzą.
Wyjątek stanowią historie, które tworzy życie, ale takie bez kolorowania i upiększeń. Nie bardzo wierzę opowieściom bazującym na życiu, pisanym przez samych zainteresowanych. Często są po prostu laurkami dla drugiej osoby, a i siebie taki autor chce przedstawić jak najlepiej. Myślę, że tylko niewielki procent zainteresowanych stać na szczerość, gdy chodzi o nich samych. Dużo częściej, zwłaszcza wśród opowieści spisywanych współcześnie, dominuje schemat mający zwiększyć zainteresowanie książką, dobrze się sprzedający i przede wszystkim budujący pozytywny wizerunek bohaterów. Tak, jestem przypadkiem beznadziejnym – lubię prawdę i szczerość.

Mimo nieszczególnego uwielbienia dla historii miłosnych, zainteresowała mnie książka „Poślij chociaż słowo„, opowieść, którą spisał Orlando Figes. Spisał, a nie wymyślił. Jak to się zaczęło?
Od trzech starych walizek dostarczonych do moskiewskiego stowarzyszenia Memoriał.
W walizkach znajdowały się upakowane gęsto listy, które w latach 1946-1954 napisali do siebie Lew i Swietłana Miszczenko.

„Poślij chociaż słowo” to książka biograficzna, gdzie opowieści przeplatają się z listami. Pojawiają się też zdjęcia. Zwykle na początku lektury (o ile to nie kryminał) kartkuję całość, żeby się zorientować co mnie czeka. Przejrzałam więc zdjęcia i naprawdę się wzruszyłam trafiając na wspólne zdjęcie Swietłany i Lwa z 2002 roku. Para staruszków. A więc przetrwali!

Poznali się na Uniwersytecie Moskiewskim, na Wydziale Fizyki. Swieta pochodziła z domu, który „był wysepką przedrewolucyjnej inteligencji rosyjskiej”, zaś Lew stracił oboje rodziców, we wczesnym dzieciństwie w ramach bolszewickiego „rozprawiania się z burżujami”. Choć cała opowieść dotyczy rozwoju relacji między dwojgiem głównych bohaterów, całkiem sporo dowiadujemy się o życiu codziennym w Moskwie i Związku Sowieckim w czasie II wojny światowej i rządów Stalina.

W czasie wojny Lew trafia do niemieckiego obozu, gdzie dzięki zdolnościom lingwistycznym staje się tłumaczem. Już samo to, że pozwolił się złapać wrogom, zamiast walczyć i ginąć, traktowano w ZSRR jako zdradę, on zaś jeszcze, według interpretacji chorego systemu, kolaborował z wrogiem. Lew miał szczęście – udało mu się uciec w trakcie ewakuacji obozu. Niedługo potem spotkał Amerykanów. Ci, dowiedziawszy się, że Lew jest fizykiem jądrowym zaczęli go namawiać do wyemigrowania. Oni wiedzieli, że w ZSRR nie da się żyć normalnie. On zaś łudził się, że wszystko się ułoży. Poza tym nie chciał zostawiać Swietłany. Nie byli małżeństwem, nie mieli dzieci, nawet nie skonsumowali tego związku, on jednak zrezygnował z normalnej przyszłości w Stanach Zjednoczonych.
Na co liczył? Z pewnością nie na to, czego się doczekał.
Został przez swój ukochany kraj osądzony i skazany na śmierć za zdradę ojczyzny. Jednak, jako że państwo żyło z niewolniczej pracy obywateli, wyrok zamieniono na dekadę w Gułagu.

Tu tak naprawdę ta historia dopiero się zaczyna.
Dalej przeczytamy o lojalności, wierności sobie, cierpliwości. O pokonywaniu przeszkód, ryzyku i cieszeniu się z drobiazgów. O wielkiej determinacji i sile.
O przemycaniu listów, kilku odwiedzinach (nielegalnych!) w obozie pracy – o tym, że można wiele ryzykując pokonać pociągiem 4340 kilometrów, by spędzić z ukochanym kilka godzin.
Wreszcie będzie nam dane zobaczyć, że można przetrwać trwającą ponad dekadę rozłąkę w ciężkich warunkach i nie stracić ducha.
I mimo tak wielkiej straty tego, co w życiu człowieka chyba najcenniejsze – czasu, zacząć na nowo. Siła człowieka jest niesamowita. Czasem siła miłości również.
Ale to wcale nie jest bajka ani różowa love story na koniec. To jest prawdziwe życie, pełne problemów, niedogodności i walki. I to jest chyba w tej opowieści najlepsze.
Że zdarzyła się naprawdę.

,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *