O Januszu Korczaku

 

(Tekst wyróżniony przez Książki Zbójeckie – organizatora konkursu „Blogerzy dla Korczaka”)

IMG_2904aPoszukiwanie w internecie tekstów o Korczaku w dużej mierze przypomina obcowanie z uczniami przedstawionymi w Ferdydurke Gombrowicza. Tam „Słowacki wielkim poetą był”, a tu „Janusz Korczak był przyjacielem dzieci”.
Przeważnie wspomina się jeszcze o tym, że zdecydował się pozostać ze „swoimi” dziećmi do końca i zamiast wydostać się z getta odpowiednio wcześniej, poszedł na czele pochodu na Umschlagplatz, by wprowadzić sieroty bezpiecznie do wagonu jadącego w kierunku Treblinki.

Ludzie są zgodni co do tego, że Korczak był wielkim człowiekiem, mam jednak nieodparte wrażenie, że z wieloma z nich jest jak z moim dziesięcioletnim synem, który twierdzi, że jego wzorem jest Albert Einstein, bo był on mądry, był naukowcem i w dzieciństwie nie lubił szkoły. Tłumaczę synowi, że jeśli człowiek chce brać kogoś za wzór, wypadałoby by wiedział na jego temat więcej, niż utarte formułki. Poznał jego życiorys i dokonania.

Cieszę się, że pojawił się pomysł przybliżenia ludziom sylwetki Janusza Korczaka, poprzez stworzenie bloga o tej tematyce, zbudowanego z prac różnych autorów.
Decydując się napisać ten tekst, postanowiłam podejść do tematu poważnie. Czyszcząc konto bankowe przed wypłatą, kupiłam „Pamiętnik i inne pisma z getta” Korczaka i książkę „Korczak. Próba biografii” Joanny Olczak – Ronikier.
Biblioteka, od której dzieli mnie tylko kilka przystanków autobusowych, nie miała w swoich zbiorach tych pozycji, co jest o tyle zastanawiające, że ma wiele „czytadeł”, które zostały wydane w podobnym terminie. Popyt kształtuje podaż i to jest w tym najsmutniejsze chyba.
Udało mi się również przeczytać „Jak kochać dziecko” Korczaka i jego „Momenty wychowawcze” oraz „Pedagogikę żartobliwą”. Obrazu dopełniły wzmianki w kilku książkach Henryka Grynberga, którego uwielbiam, oraz jego esej o Korczaku „Duch ludzki jako sierota” i dwa filmy: „Korczak” Wajdy z 1990 roku oraz dokument francusko-polsko-izraelski „Janusz Korczak – król dzieci” z 2000 roku.

Na tej kanwie oparłam swoje przemyślenia i opinie, i, szczerze mówiąc, zdaję sobie sprawę, że to nadal za mało dla uzyskania pełnego obrazu. Tyle myślałam na ten temat podczas lektury, że chwilami mam problem ze stwierdzeniem, czy to o czym piszę, to wynik zgadzania się z opinią innych autorów, czy moje osobiste wnioski.
Większość jest zapewne wynikiem lektur, bo gdzie mi do Joanny Olczak – Ronikier czy Henryka Grynberga. Oni badają ten temat od wielu lat, ja dopiero zaczynam. Proszę więc wybaczyć, jeśli w tym tekście pojawią się jakieś niespójności lub błędy.

Joanna Olczak – Ronikier nim przystąpiła do pisania swojej książki, szukała śladów Korczaka w księgarniach, co podsumowuje we wstępie do „próby biografii” : „Okazuje się, że Stary Doktor, choć pozornie wśród nas obecny, nikomu nie jest potrzebny. I coraz bardziej się oddala. (…) Człowiek z krwi i kości zamienił się w pomnik.” Jest też dużo prawdy w stwierdzeniu, że męczeńska śmierć Korczaka prawie zupełnie przesłoniła jego życie. Wszystko, co publikował, co postulował w dziedzinie wychowywania dzieci, nawet to w jaki sposób żył, zbladło po jego śmierci. Jakby ona przez swą wielkość, przesłoniła zupełnie tego światłego i dobrego, ale przecież nie idealnego człowieka.

Ludzie w getcie, nawet nie podejrzewając istnienia obozów zagłady, ale mając wątpliwości, czy przeżyją wojnę, w obliczu ciężkich, prawie niemożliwych warunków egzystencji, zaczynali robić zapiski. Notowali swoją codzienność, a ich dzienniki miały być dokumentem zbrodni, a dla tych, co przyjdą później, potwierdzeniem istnienia żydowskiego świata i dowodem życia każdego, kto został na papierze wspomniany. (Zainteresowani mogą sobie sprawdzić „Archiwum Emanuela Ringelbluma”) To te notatki, tworzone na bieżąco, są najprawdziwsze i najbardziej wartościowe. Zapis drobnych upokorzeń, a potem coraz większych, opis problemów z opałem, zdobywania jedzenia – czy to wszystko zostało by uznane za warte opisywania, gdyby autorzy wiedzieli co będzie na końcu?
W obliczu opracowanej na skalę przemysłową zagłady całego narodu, wszystkie wcześniejsze wydarzenia bledną i wydają się do zniesienia. (Wydaje mi się, że czytałam o powyższym u Grynberga, ale mam za sobą tyle literatury dotyczącej Żydów i Holokaustu, że nie jestem w stanie tego dokładniej umiejscowić.)
Gdy człowiek patrzy z dystansu, ma pełniejszą wiedzę, a przede wszystkim zna „zakończenie”, pojawia się tendencja do gloryfikowania jednych zachowań i niedoceniania innych. Wszystko ma inny wydźwięk dla historyka, a inny dla świadka, zwłaszcza gdy ten drugi notuje na bieżąco. Myślę, że ten sam mechanizm zadziałał w przypadku Korczaka. W obliczu takiej śmierci, wcześniejsze działania zbladły. Niesłusznie.

Zresztą, jak słusznie pisze Henryk Grynberg (w „Pamiętniku”, ale możliwe, że jeszcze wcześniej również – być może w „Prawdzie nieartystycznej” lub „ Monologu polsko-żydowskim”), „…pochód dziecięcy na śmierć, jaki poprowadził Janusz Korczak, nie był zjawiskiem odosobnionym”. Sanatorium dla dzieci wywodzących się z warszawskiej biedoty żydowskiej, które od 1926 roku funkcjonowało w Miedzeszynie pod Warszawą, podzieliło los Korczakowskiego Domu Sierot. 22 sierpnia 1942 na czele 250 dzieci na śmierć poszły: wychowawczyni Roza Ajchner i lekarka Tola Minc, a za dziećmi podążyła reszta personelu. (dane z „Pamiętnika” H. Grynberga)
Joanna Olczak – Ronikier wspomina też o innych. W jej książce pojawiają się: „dyrektor internatu dla chłopców przy ulicy Mylnej 18, Aron Koniński i jego żona, którzy razem z dziećmi pojechali do Treblinki”, „Nieznana z imienia pani Broniatowska, kierowniczka internatu Centosu dla dziewcząt przy Śliskiej 28”, „Pan Szternfeld, kierownik internatu Centosu dla chłopców przy Twardej 7” oraz „Personel innych domów opiekuńczych i szpitali”.
Po co o tym wspominam? Zamieszczam te nazwiska, bo uważam że trzeba pamiętać. Że póki się pamięta, powtarza imiona, ci ludzie w jakiś sposób żyją. Nikt im nie stawia pomników, zresztą nawet Korczak chyba nie byłby zadowolony ze stania na cokole, ale można sprawić, by przetrwała pamięć.

Najlepszym świadectwem życia Janusza Korczaka są jego zapiski z getta i starsze publikacje. Wielka szkoda, że wcześniej nie zdążył spisać historii swojej i swoich przodków, choć miał taki pomysł jeszcze w młodości. Później, już w getcie, w urywkowym dzienniku napisze taką przejmującą notatkę, która w zamyśle być może miała przechować pamięć o nim.

Henryk (urzędowe imię: Hirsz) Goldszmit, bo tak brzmiało prawdziwe nazwisko Korczaka, urodził się w 1878 (lub 1879 roku). Jego rodzina była podobno zasymilowana i nie bardzo religijna, ale przecież imię nadano Henrykowi podczas ceremonii obrzezania, babcia (ze strony matki) Emilia była bardzo religijna, a jego ojciec specjalizował się w rozwodach opartych na prawie mojżeszowym i uważał siebie raczej za Izraelitę niż Polaka. Matka zaś, dużo później, po (najprawdopodobniej) samobójczej śmierci ojca ogłaszała, że wynajmuje pokoje uczniom Izraelitom.
Jak pisze Joanna Olczak – Ronikier :„Wzmianka o wyznaniu gwarantowała podopiecznym kuchnię koszerną, przestrzeganie szabatu i innych podstawowych reguł judaizmu. Był to dalej tradycyjny żydowski dom, wbrew twierdzeniom, że Korczak rósł w atmosferze nieróżniącej się niczym od tej, która panowała w polskich rodzinach.” Zresztą nawet gdyby byli w pełni zasymilowani, w tamtych okropnych antysemickich czasach niewiele by to zmieniało.
Zastanawiam się tylko skąd podtrzymywanie tego obrazu w czasach obecnych. Żeby Korczak wydawał się bardziej polski niż żydowski? Ciekawe.

Pseudonim Janusz Korczak został zaczerpnięty z tytułu powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego „Historia o Janaszu Korczaku i pięknej miecznikównie”. Henryk Goldszmit pisał pracę na konkurs literacki i potrzebował pseudonimu, posłużył się więc tym, który rzucił mu się w oczy (powieść Kraszewskiego leżała na biurku). W marcu 1899 jego praca zdobyła wyróżnienie w konkursie, ale do ogłoszenia wyników zakradł się błąd zecerski i tak narodził się Janusz Korczak.
Goldszmit miał wówczas dwadzieścia lat i studiował medycynę.
Korczak przez lata pracował jako lekarz, równocześnie rozwijając ambicje literackie, coraz częściej jednak dawało o sobie znać jego powołanie wychowawcy, któremu w końcu uległ.
W jego pracach pedagogicznych widać głębokie zainteresowanie tematem i pasję. W powieści „Król Maciuś Pierwszy” stworzył obraz republiki rządzonej przez dzieci i to marzenie w pewnym sensie późnej urzeczywistnił.

W 1907 roku Żydzi warszawscy stworzyli Towarzystwo „Pomoc dla Sierot”, które miało zajmować się osieroconymi i najuboższymi dziećmi żydowskimi. W czerwcu 1909 Henryk Goldszmit wszedł w skład zarządu Towarzystwa i pomysł budowy domu z prawdziwego zdarzenia, który zapewniłby sierotom godziwe warunki życia, zaczął się krystalizować.
W październiku 1912 roku do nowego, jeszcze nie wykończonego domu przybyły dzieci. Dom na Krochmalnej 92 był wspaniały i luksusowy jak na tamte czasy, a jego architektura starannie przemyślana pod kątem użyteczności. Przez lata będzie dawał schronienie, jedzenie, a przede wszystkim wychowanie kolejnym rocznikom biednych żydowskich dzieci.
Dom Sierot działał na zasadach demokracji, funkcjonował nawet dziecięcy parlament i sąd, w którym sędziami były dzieci.
W międzyczasie przebrzmiała I Wojna Światowa i pogarszały się stosunki polsko-żydowskie.
W 1919 powstał Wydział Opieki nad Dzieckiem Robotniczym, zaczęto szukać lokalu i kierownictwa domu dla polskich dzieci. Robotniczy internat Nasz Dom powstał w listopadzie tego roku w Pruszkowie pod Warszawą. Korczak dojeżdżał tam raz-dwa razy w tygodniu. Maryna Falska wprowadzała w Naszym Domu wraz z Korczakiem zasady przetestowane wcześniej i sprawdzone w Domu Sierot. W 1927 roku rozpocznie się budowa nowej siedziby na Polach Bielańskich, do której trzy lata później wprowadzą się wychowankowie.
W 1921 w Warszawie wznosiło działalność Polskie Towarzystwo Teozoficzne, którego poglądu pedagogiczne interesowały Korczaka najbardziej. Nie dość więc, że Żydem, był też Korczak masonem. (nie wspominając już o niechcianym i najprawdopodobniej nienarodzonym dziecku, które spłodził w młodości) Ciekawe jak na taką wiedzę zareaguje przeciętny człowiek i ile osób stwierdzi, że to bujdy. Ja sobie tę wiedzę bardzo cenię, bo ona nieco „odbrązawia” ten pomnik, wcale nie odbierając mu przy tym zasług. To nie było życie ucieleśnionego ideału, to było życie prawdziwego człowieka i tym bardziej trzeba je cenić.
Książka „Korczak. Próba biografii.” Jest bardzo cennym źródłem, a autorka starała się o obiektywizm w swoich badaniach nad postacią Henryka Golszmita. Szczerze polecam. Joanna Olczak – Ronikier pisze: „Masońskie wzory można odnaleźć w programach ideowych obu Korczakowskich domów dziecka”. I okazuje się, że były to wzory dobre.

Nastroje antyżydowskie w Europie nasilają się, a Korczak pomiędzy licznymi obowiązkami znajduje jeszcze czas na prowadzenie dodatku do „Naszego Przeglądu”, pisma dla spolonizowanych Żydów. Dodatek, który ostatecznie będzie tworzony przez dzieci, nosi tytuł „Mały Przegląd” i będzie się cieszył bardzo dużym zainteresowaniem czytelników. 1 września 1939 roku ukaże się ostatni numer tego pisma.

W latach trzydziestych Korczak zmaga się z krytyką. Z jednej ze stron jest oskarżany o polonizację żydowskich dzieci, z drugiej o niepotrzebne kultywowanie u wychowanków pamięci o żydowskich korzeniach. Do tego dochodzą jeszcze pretensje dotyczące tego, że w Domu Sierot dzieci żyją pod kloszem, w świecie idealnym i przeżywają szok, próbując się odnaleźć poza murami domu, który zobowiązani są opuścić po ukończeniu 14.roku życia. Janusz Korczak jest coraz bardziej zniechęcony. W 1933 roku wyprowadza się z Krochmalnej.
Rok później udaje mu się po raz pierwszy odwiedzić Palestynę. Mieszka przez trzy tygodnie w kibucu Ein Harod. (W dokumencie „Janusz Korczak-król dzieci” można zobaczyć ten kibuc i posłuchać co ma do powiedzenia ówczesna jego mieszkanka. Polecam.)

W 1935 przestaje współpracować z naszym Domem. Oficjalnie powodem zerwania tej współpracy są różnice w poglądach na funkcjonowanie domu pomiędzy Korczakiem a Maryną Falską, która z nim Nasz Dom współtworzyła. Nieoficjalnie? Po śmierci Piłsudskiego „nadchodził czas rosnących wpływów endecji, coraz bardziej autorytarnych rządów, podejrzliwości władz wobec ludzi myślących niezależnie.”(Korczak. Próba biografii)
W 1936 roku Korczak odwiedza ponownie Palestynę. Tym razem jeździ i poznaje okolicę. Gdy rok później jest w depresji i nie wierzy, że w antysemickiej Europie jeszcze da się żyć normalnie, zaczyna poważnie rozważać emigrację do Palestyny. Obawia się tylko tego czy będzie przydatny – pracować fizycznie nie może, a nie ma pieniędzy na to, by nie pracować, do tego dochodzi jeszcze nieznajomość hebrajskiego.
Korczak pozostaje w kraju. Na fali coraz ostrzejszych nastrojów antysemickich traci swoją audycję w radiu.
W 1939 wybucha wojna i nawet gdyby udało mu się ewakuować cały Dom Sierot, nie mieliby szans na schronienie się w Palestynie. W maju ’39 roku Wielka Brytania pod wpływem nacisków arabskich opublikowała kolejną Białą Księgę ograniczającą Żydom możliwość osiedlania się na tym terenie.
W październiku 1940 roku powstaje w Warszawie „dzielnica żydowska”, do której muszą się przenieść wszyscy Żydzi, także cały Dom Sierot. Zaczyna się ostatni rozdział życia Korczaka.

W getcie Dom Sierot ma dużo gorsze warunki lokalowe i coraz trudniejsze staje się wykarmienie i ubranie tylu dzieci. Po jakimś czasie ludzie na ulicach zaczynają umierać z głodu. Korczak jednak dzielnie walczy o środki na utrzymanie domu, chodzi po bogatszych domach, organizuje pieniądze i pomoc materialną. Jego dzieci chudną, kiepsko się odżywiają, ale na tle innych mieszkańców getta, nie głodują. Jednak na scenę w „Korczaku” Wajdy, mając świadomość, że niedługo ludzie będą się dobrowolnie zgłaszać na Umschlagplatz licząc na obiecany kawałek chleba i marmoladę z brukwi, patrzę jak na jakieś kuriozum. W tym filmie, Korczak w getcie wraz wychowankiem i dwójką wychowawców jedzą sobie w kuchni jajecznicę… Na ile to prawdopodobne?

Janusz Korczak zawsze starał się wychowywać swoje dzieci „do lepszego świata”. Nie wiedział, że większość z nich tego świata nie doczeka.
Wiedział jak ważne jest zachowanie przynajmniej pozorów normalności. Jak istotne jest zorganizowanie zajęć angażujących umysły i serca. Chciał, by dzieci mogły się bawić, tworzyć, normalnie funkcjonować mimo piekła, z którym przyszło im sąsiadować przez ścianę. Dom funkcjonował dużo skromniej, ale w dawnym rytmie. Odbywały się nawet przedstawienia. Dzieci były chronione do końca, w dużej mierze to zasługa determinacji i siły charakteru Korczaka. Gdy zaczęło się wywożenie ludzi do obozów zagłady, Janusz Korczak długo sądził, że zgodnie z obietnicą którą wymógł na Judenracie, Dom Sierot nie zostanie wywieziony.
Były chwile kiedy zaczynał wątpić. W getcie było tak źle, że wywiezienie na roboty, czy przesiedlenie na wschód, czym niby miały być wywózki, nie wydawało się aż tak strasznym pomysłem.
Kiedy czytałam jego rozważania na ten temat, wszystko się we mnie buntowało. Byłam zdziwiona tym, że mógł uwierzyć, że odchodzące codziennie wagony nie wiozą ludzi na śmierć. Dopiero po chwili się opamiętałam. Gdy czytam to po latach w wygodnym fotelu, znając koniec historii Korczaka, łatwo mi widzieć w tym naiwność. Człowiek w sytuacji ekstremalnej czepia się każdego okruszka nadziei. (Polecam dokument o jednej z ocalałych, która przeżyła dzięki temu, że w chwili gdy była już zamknięta ze swoją grupą i czekała na śmierć, zabrakło gazu. Film nosi tytuł „Nadzieja umiera ostatnia”)
Korczak, jak większość wówczas, nie chciał uwierzyć w Zagładę. W mordowaniu tylu ludzi, których można było wykorzystać choćby do pracy na rzecz Rzeszy, nie było żadnego sensu. Tylko że nazistom sens nie był potrzebny. Nigdy nie jest.

Podobno proponowano Korczakowi zorganizowanie jego ucieczki z getta. Grynberg pisze, że jeśli tak było, nie ma co się dziwić, że odmówił. Ucieczka byłaby zaprzeczeniem wszystkiego czym kierował się w życiu. Czy jako ojciec i matka w jednym mógłby pomyśleć o zostawieniu swoich dzieci? I dlaczego nikt nie proponował wydostania z getta jego sierot. Przecież niektórym dzieciom pomagano w ten sposób. Na to na pewno by się zgodził.
Nie zaproponowano jednak, a i zapewnienia Judenratu na niewiele się zdały. 5 sierpnia 1942 roku Dom Sierot został wyprowadzony.

Przez lata powtarzano opowieści o wesołym pochodzie. O tym, że dzieci śpiewały i machały chorągiewkami. Kto w tych warunkach, zmęczeniu, wycieńczeniu i strasznym upale miałby siły i ochotę na śpiew? Dzieci wierzyły Korczakowi, ale nie były głupie. Korczak podtrzymywał je na duchu, uspokajał. Wszyscy poszli spokojnie, niosąc sztandar. Jednak Janusz Korczak, który był zwolennikiem mówienia prawdy i uprzedzania dzieci o tym, co ich czeka, przygotowywania ich na każde zdarzenie, nie byłby w stanie mówić im o wycieczce. Nie zniósłby chyba psychicznie tej radości dzieci idących na śmierć. Nawet gdyby uwierzyły.

Ostatni żyjący świadek tego marszu na Umschlagplatz, opowiedział o nim po latach. Wypowiada się w dokumencie „Janusz Korczak- król dzieci”. Marek Rudnicki, syn lekarza zaprzyjaźnionego z Korczakiem, odprowadził Dom Sierot do wagonów.
Mówił o upale, zmęczeniu, o tym, że widać było, że taki scenariusz przeraził Korczaka. Że był zdruzgotany. A mimo to, do końca chronił swoich podopiecznych. Wszyscy szli spokojnie i równie spokojnie zapełnili wagony.
U Wajdy jest jeszcze jedna scena, która przyprawiła mnie o ból zębów. Scena, w której jakoby ktoś jeszcze przy wagonach wykrzykuje do Korczaka, że ma dla niego dobry paszport. Pokazuje ten paszport żandarmom, że to dobry paszport. Robi jakieś głośne przedstawienie chcąc wyszarpać Korczaka z tłumu.

Rudnicki mówi, że nikt do Korczaka nie podchodził. Janusz Korczak obejrzał się jeszcze, nim wsiadł. Rudnicki początkowo sądził, że pedagog patrzy na niego. Dopiero później sobie uświadomił, że było to spojrzenie człowieka skrajnie przerażonego. Człowieka, który jednak mimo strachu, pozostał sobie wierny do końca.

Za każdym razem, gdy o tym myślę, jestem zdruzgotana tą historią. Równocześnie jednak pojawia się w mojej głowie inna myśl. Gdyby Korczak jakiś cudem przeżył, został w Polsce i doczekał roku 1968, jak obeszliby się ci sami Polacy, którzy potem tak chętnie stawiali mu pomniki i nadawali jego imię szkołom?
Henryk Grynberg w eseju „Duch ludzki jako sierota”(Prawda nieartystyczna) pisze: ”Większość wschodnioeuropejskich oficjałów, włącznie z polskimi, którzy przemawiali 31 maja 1978 roku w Warszawie z okazji Międzynarodowego Roku Korczakowskiego, a później przy odsłonięciu kamiennego pomnika w Treblince, zupełnie zignorowała fakt, że nauki Korczaka o prawach dziecka jako człowieka, wolności wyboru oraz wolności wyrażania poglądów na demokratyczno-parlamentarnych zasadach, są jak najbardziej sprzeczne z tym, co oni reprezentowali. Co więcej, Korczak, który był bezkompromisowym przeciwnikiem przemocy fizycznej i psychologicznej wobec dziecka, a zwłaszcza urabiania dzieci według wzorów służących interesom państwa, religii czy klasy społecznej, z pewnością nie miałby prawa praktykować w Polsce komunistycznej w żadnej z dziesiątków szkół ani w żadnym z domów dziecka, którym nadano jego imię.

Przeraża mnie myśl, że choć męczeńska śmierć Korczaka przesłoniła w jakimś stopniu dokonania jego życia, to jednak dzięki niej został uznany i doceniony w kraju, w którym żył.
Czy gdyby przeżył, nie wołano by za nim, że jest Żydem i masonem (traktując te określenia jako obelgę) ? Czy nie proponowano by przeprowadzki na Madagaskar?
A dziś? Jak byłby traktowany dziś?
Mówi się, że historia jest okrutna. To nie historia, to ludzie.

Chciałabym, żeby o tym pamiętano. Sama nie chcę zapomnieć.

, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *