Nomen Omen. Marta Kisiel

kisielCała moja paczka jest zachwycona Martą Kisiel. Pieją na jej cześć przy każdej okazji. To wystarczy, żeby nie wierzyć, że to dobra lektura. Ale obserwujesz autorkę na fejsie, lubisz jej teksty, doceniasz świra i w pewnej chwili zaczynasz się łamać.
Idziesz do księgarni i bierzesz Nomen Omen. Na Dożywocie nie ma szans. Nakład wyprzedany. Nawet ebooków już nie ma.
Nim kupisz, dzwonisz jeszcze do Taterki zapytać czy na pewno książki są niepowiązane i możesz zacząć od drugiej. Możesz.
Nieopatrznie pokazujesz na fb, że przymierzasz się do lektury i już po kątach szepczą: zobaczymy, czy zna Józefa.
Teraz to już masz pietra, bo prawdopodobieństwo że książka ci się nie spodoba, wzrasta. Jak żyć? Może lepiej udać, że książkę zgubiłaś? Na pewno ci się nie spodoba. Za duża presja, zbyt wielkie oczekiwania wzbudzone przez znajomych, nie ma szans. No ale czytasz. Raz kozie śmierć.

Nie przepadam za określeniami nawiązującymi do innych pisarzy w stylu: druga Rowling, trzecia Jones i połączenie Kinga ze Smithem, ale tą książką Marta Kisiel poruszyła we mnie jakieś widma przeszłości i wywołała ciąg pozytywnych skojarzeń.

Czułam się jak za dawnych lat, jak przy lekturach najlepszych książek Joanny Chmielewskiej. Tych, w których przeliczała paliwo do łódki na wanny i gdzie wyraźnie było widać, że autorka wie o czym pisze. Żałuję, że King z poprzedniej notki wrócił już do biblioteki, bo mogłabym zacytować fragment o tym jak ważne jest, by autor starał się pisać o tym, o czym ma pojęcie. Czyta się o niebo lepiej, gdy widać, że piszący nie wyssał wszystkiego z palca i nie bawi się w karkołomne hipotezy.

Bohaterowie mają znaczące nazwiska i są może mało subtelni, ale psychologicznie wiarygodni. Jeden, ucieleśnienie wszystkiego, czego nie znoszę, tak mnie denerwował, że życzyłam mu rychłego zejścia. Akcja rozwija się powoli, ale za to zaskakująco. I ten klimat. Książka uwodzi klimatem. Zabrzmi to banalnie, ale wszystko jest w niej na miejscu. Wiadomo co jest złe, a co dobre, choć autorce daleko do głoszenia prostych prawd czy taniego dydaktyzmu. Nic tam nie jest czarno-białe, ale czytając jest się dziwnie spokojnym o porządek przedstawionego świata.

Gdyby nie obawa, że to zmasakruje opowieść i odbierze czytelnikom cudowną dowolność interpretacji, umieściłabym Nomen Omen na liście lektur w liceum. Jest w tej książce tyle fajnych nawiązań do Romantyzmu, Mickiewicza i historii.
Właśnie! Widać, że Marta Kisiel zbadała historię Wrocławia (to w nim toczy się akcja powieści), podeszła do tego rzetelnie i przekazuje w sposób daleki od szablonu. Każdemu licealiście życzę, by mu w ten sposób historię wykładano. Cisną mi się różne zabawne przykłady, ale podawanie ich wiązałoby się ze zdradzaniem fabuły, a choć uważam, że sprawa spojlerów jest dyskusyjna (bo ile należy odczekać, by spojler nie był już spojlerem? Czy zdradzenie jak kończy Anna Karenina – prócz tego, że za późno – jest jeszcze spojlerem?), zbyt przyjemna to lektura, bym chciała komukolwiek radość odkrywania powiązań w tekście odbierać.

Wypożyczajcie, kupujcie, polecam. Rozrywka przednia.

Autorko, proszę o więcej.

 

,
25 comments on “Nomen Omen. Marta Kisiel
  1. Jakbyś kiedyś dorwała jednak „Dożywocie”, to bierz za każdą cenę! Przypadkiem kupiona parę lat temu, hołubiona jak własne dziecko. Wiem co mówię ;)

  2. No, jak cię pochwaliło dwóch czołowych lobbystów w tym kraju (trzecim jest Oisaj, ale jego jeszcze nie znałam, gdy grzecznie i karnie przystępowałam do lektury ;D), to faktycznie możesz odetchnąć z ulga i czuć sie przyjętą do towarzystwa ;D.

    „Cała moja paczka jest zachwycona Martą Kisiel. Pieją na jej cześć przy każdej okazji. To wystarczy, żeby nie wierzyć, że to dobra lektura” – o, rany, jakie to prawdziwe :D.

    • Czuję się zapomniana i pominięta, chlip, chlip! A to ja, bezczelnie się upieram, jestem pierwszą lobbystką w kraju i naczelną pierdolniętą psychofanką już od dawien dawna!

      A buuuu… Idę popłakać w kąciku :>

      • Ale ja mówię tylko o swoich doświadczeniach, a ciebie nie znałam wtedy jeszcze bardziej niż Oisaja :D. A nawet teraz nie znam własciwie, tyle, ze wiem, jak wyglądasz :).

        Ale wierzę na słowo, pierwszej psychofance bym nie wierzyła, też :)!

  3. A mi jakoś zupełnie nie. Choć kolega mówi, że źle podszedłem, że mam oczekiwania za wysokie. Być może. Nie kupuję jednak tego, chyba Wójtowicz była ostatnią z tych, co potrafiła mnie – wśród polskich autorek – rozśmieszyć. Piszę to jako facet, który nie załapał się na kult Prachetta, pozostający wciąż pod wpływem Adamsa.

    • Mnie też Pratchett nie bierze. I praktycznie nie czytam niczego z fantastyki/fantasy. A Nomen Omen bardzo dobrze mi się czytało. Choć się nie spodziewałam ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *