Marek Edelman. Życie. Do końca

65646_655116161172371_1041111342_nCzułam, że muszę przeczytać tę biografię. To Marek Edelman, na bogów, ten życiorys trzeba znać.
Poza tym, kiedyś w trakcie szukania materiałów o getcie warszawskim, trafiłam na film „Marek Edelman. Życie. Po prostu.” i w głównym bohaterze było coś takiego…

Jak piszą sami autorzy (film powstał jako kontynuacja/uzupełnienie poprzedniego wydania biografii): „Kiedy już nam wyznaczył role w swoim filmie, zaczęły się inne kłopoty. Czy to z podenerwowania obecnością dużej ekipy, czy ze zmęczenia, czy też – zupełnie prawdopodobne – z powodu naszych durnych pytań (też byliśmy podenerwowani) w pewnym momencie rozmowa z nim zamieniła się w wielkie opieprzanie nas, padały ostre słowa. Część z tego zachowała się w filmie… I co najdziwniejsze – to się sprawdziło*.”
Edelman irytował się w chwilach, gdy jego rozmówcy próbowali przykładać dzisiejszą miarę do wydarzeń czasu wojny. Wyszła na przykład kwestia, nad którą sama się dawniej zastanawiałam. Czy ludzie naprawdę wierzyli, że jeśli dobrowolnie zgłoszą się na Umschlagplatz, otrzymają obiecany chleb i nie zginą.
Nie sposób rozważać tego na zimno, lata później, gdy już wiadomo jakie było zakończenie i nie powinno się zadawać takich pytań.

Hanna Krall twierdzi, że Marek Edelman jest wolny od dwóch najbardziej odczłowieczających uczuć: głodu i strachu. Życiorys Edelmana zdaje się to potwierdzać.
Czasami słyszy się, że ludzie wspominają czas zagrożenia, wojny, jako najlepsze lata swojego życia, najpełniej przeżywany okres. (np. żołnierze i reporterzy wojenni uzależnieni od skrajnych emocji itd)  W takich chwilach ważne są proste wartości, liczy się, by przeżyć. Życie, choć pełne niedogodności i niebezpieczeństw staje się nagle bardzo intensywne.
Marek Edelman także opowiada o czasie wojny i powstania jak o czymś nieskomplikowanym. Trzeba było coś zrobić, więc się robiło, bez długich rozważań i dylematów moralnych. Jeśli nie my ich, to oni nas.
Opowiada też o tym jak istotne jest w tak trudnym okresie posiadanie kogoś bliskiego, jak ważny jest kontakt fizyczny. Fakt, że miało się do kogo przytulić.
Mówi o seksie bez zbędnej pruderii, wspomina spotykane w czasie wojny dziewczyny, opowiada o rzeczach, o których inni nie wspominają. Pozwala nam spojrzeć na wojnę z nieco innej perspektywy. To naprawdę cenne i rzadko spotykane.

Kiedy Hanna Krall po raz pierwszy spotkała się z profesorem (chcąc napisać artykuł o kardiologii) i mimochodem zapytała o powstanie i jego bohaterów, była zafascynowana sposobem narracji Edelmana. Czuła, że właśnie w ten sposób powinna o tamtych czasach napisać i bardzo się bała spłoszyć bohatera, który opowiadał „wielką historię” bez patosu. W ten sam sposób mówił o całym swoim niesamowitym życiu. Podejrzewam, że to także urzekło autorów biografii.

Chcąc spojrzeć na temat szerzej, przeczytałam niedawno ponownie „Zdążyć przed Panem Bogiem”.
Czytelnicy poczuli się dotknięci sposobem podejścia do tematu. Przeszkadzało im, że Edelman mówi tak prosto i bez zadęcia. Oburzano się na wzmiankę o starych rybach, którymi handlowała matka Anielewicza i którym ten rzekomo farbował skrzela, by towar wydawał się świeższy. Nie wolno było w ten sposób mówić o przywódcy powstania.
Dziś także ludzie często zagłuszają wszystko, co nie pasuje do obrazu świętych poległych. Nieistotne czy mowa o zmarłej na raka poetce, prezydencie, który zginął w katastrofie, czy przywódcy powstania w getcie – samobójcy.
O zmarłych wzniośle albo wcale. Bardzo mi się podoba, że Edelman był od tego wolny.

Relacje z okresu powstawania, trwania i likwidacji getta są wzbogacone o teksty z Archiwum Ringelbluma. Pierwszy raz mamy dostęp do ocalałych numerów pisma „Za Naszą i Waszą Wolność” – podziemnego miesięcznika getta warszawskiego. Było to pismo wydawane przez Bund, redagowane i drukowane także przez Marka Edelmana.
To materiały nie tylko sensacyjne ze względu na swą unikalność, ale też ważne z racji zawartości. To precyzyjna kronika wydarzeń, uzupełniona reporterskimi niemal opisami ówczesnej rzeczywistości*.”
To, co uderza w tych fragmentach, to drobiazgowość relacji, oszczędność emocji. Rzeczowość, która sprawia, że teksty są tak przejmujące. Ponadto widać w tych materiałach poglądy samego Edelmana i jego stosunek do rzeczywistości.

Po wojnie Edelman zostaje w Polsce, także dlatego, że przez lata był antysyjonistą i uważał, że polscy Żydzi powinni zostać w Polsce. I choć nikt by go nie winił gdyby (na przykład w marcu ’68) wyemigrował, zwłaszcza że jego najbliżsi opuścili Polskę, Edelman nie umiał i nie chciał tego zrobić.
Studiował medycynę. Ten przypadkowy w sumie wybór (żona go zapisała) okazał się bardzo trafny i szczęśliwy, Edelman bowiem był świetnym lekarzem. Lekarzem, który (zupełnie jak w czasie wojny) robił to, co trzeba było zrobić, nie bał się nowatorskich rozwiązań i był gotów do podejmowania ryzyka.
Jego obcowanie ze śmiercią zaczęło się w getcie i w zasadzie nigdy nie miało końca, tyle że później, przy operacjach kardiologicznych, chodziło już zawsze o życie. O to, by „zdążyć przed Panem Bogiem”, ukraść dla pacjenta jeszcze trochę czasu. Czasem kilka dni, częściej kilka lat.

„Życie. Do końca.” to nie tylko szczegółowa biografia Marka Edelmana. To także opowieść o historii Polski. Tej wojennej, powstańczej, pełnej faktów, które mogą się wydawać kontrowersyjne i nie bardzo pasujące do obrazu pomnikowego bohaterstwa, a także powojennej.
Edelman zawsze stawał po stronie uciskanych i wspierał walkę o wolność, wykazując się przy tym doskonałym zmysłem obserwacji i wielką dozą zdrowego rozsądku.

Można przeczytać o tworzeniu się wolnej Polski i pierwszych partii politycznych po upadku komunizmu. O relacjach Edelmana z Kuroniami (wielkim sercu i opiece nad umierającą Gają) i goszczeniu prezydenta Havla w prywatnym mieszkaniu. – Żona prezydenta smażyła w kuchni placki z jabłkami. Można także poczytać o wyjazdach do byłej Jugosławii w czasie bratobójczej wojny…
Materiał jest naprawdę obszerny, ale równocześnie bardzo interesujący – przeczytałam te 730 stron w trzy dni. Tylko dlatego tak wolno, że sporo nad tą lekturą myślałam.

Hanna Krall mówiła, że jeśli potrzebowała porady reporterskiej (jak coś napisać), szła do Kapuścińskiego, jeśli zaś miała dylematy moralne, nie była pewna jak powinna się zachować, zwracała się do Marka Edelmana. Nie dziwię się jej. Od Edelmana można się było próbować uczyć jak żyć, jak pretensjonalnie by to nie brzmiało.
To, co w życiorysie Edelmana poruszyło mnie chyba najbardziej, to jego wybory i to, że nigdy nie miał wątpliwości, po której stronie powinien stanąć. A mimo tej pewności (a może właśnie dzięki niej) miał dla swych przeciwników po czasie dużo wyrozumiałości.
Do końca nie było mu obojętne to, co się dzieje na świecie i w Polsce; nie wahał się zabierać głosu i piętnować tego, co uznawał za niesprawiedliwe.

Gdy w 1991 roku doszło do pogromu Cyganów w Mławie, Edelman zjawił się natychmiast. Próbował nawet zorganizować demonstrację w obronie ofiar – bezskutecznie. Kiedy pięć lat później w Warszawie likwidowano brutalnie obozowisko rumuńskich Cyganów i deportowano 119 romskich mężczyzn kobiet i dzieci, Edelman stwierdził: „(…) Czterdziestomilionowe państwo jeszcze stać, żeby utrzymać stu Cyganów. To nie jest sprawa pomocy. To jest sprawa moralności. Więc trzeba w takich przypadkach krzyczeć i protestować. Wystarczy mieć w życiu zasadę, żeby nie robić świństw. Choć życia do końca nie da się zaplanować.*”

Gdy ksiądz Jankowski publicznie nawoływał do nienawiści (w kościele!), na mszy, w której uczestniczył Wałęsa, Edelman napisał do prezydenta, by wyrazić swoje oburzenie na brak reakcji na tak jawny antysemityzm.
Interweniował wszędzie, gdzie pojawiała się nienawiść.
Podpisał pod listem w sprawie nosicieli wirusa HIV (zamieszki pod powstającymi ośrodkami Monaru).
W 1999 w Usti (Czechy) rozpoczyna się budowa płotu, który ma odrodzić Czechów od Romów. Edelman wraz z Jackiem Kuroniem piszą w tej sprawie do Vaclaca Havla: „Złe rzeczy zaczynają się zawsze od drobiazgów…”
W 2002 wraz z Kuroniem apeluje w obronie 13 irańskich Żydów sądzonych za rzekome szpiegostwo.
Gdy tylko może, staje po stronie słabszych. Czasem broni ich nawet wówczas, gdy wie, że nie mają racji.

Wiecie co? Gdy konflikt na Bałkanach trwał w najlepsze, byłam w liceum. Nie pamiętam, by ktoś z otoczenia w ogóle się tym interesował. Już nie mówię o licealistach, którym hormony szalały, ale nie pamiętam by ktokolwiek z dorosłych/nauczycieli choćby wspominał ten temat. Przecież to się działo w Europie, po sąsiedzku prawie! Nie wiem, może to wyparłam? (Mój ojciec na pewno mi wspominał, ale więcej ‚grzechów’ nie pamiętam)
I zaraz mi się przypomina rozmowa z profesorem Mikołejko:
– Czy to nie paradoks, że nie mamy wpływu na los własny, a mamy na los innych?
 – Zgadza się, to paradoks. A czasami dramat, bo mamy także zgubny wpływ na los innych. Chociażby przez grzech zaniechania. I jeśli dopuścimy się go wobec innych, wpędzamy się w poczucie winy. A im bardziej się w nie wpędzamy, tym bardziej chcemy udawać, że jesteśmy niewinni i kłamiemy na swój własny temat. Ja też tak czynię. Bo, kurczę blade, czemu mnie dzisiaj nie ma przed Sejmem albo przed budynkiem prezesa Rady Ministrów z transparentem: ‚Panie Premierze w Demokratycznej Republice Konga albo w Darfurze umierają ludzie, masowo gwałcone są kobiety, zmuś Pan swoich kolegów rządzących Unią, żeby coś z tym zrobili. Zmuś ich Pan!’? Dlaczego nie ma takich ludzi w Paryżu? W Hadze? Siedzę w kawiarni i z Panią na ten temat rozmawiam, zamiast coś, do cholery, zrobić.**
I jest mi głupio. Bo Edelman do końca zabierał głos, wszędzie, gdzie widział niesprawiedliwość.
Zgoda, on był Postacią, wobec czego powinno być mi głupio nie tylko za siebie, ale i za znane osoby, których słowo znaczy nieco więcej, a które nie robią nic, co wykracza poza ścieżkę ich zaplanowanej kariery politycznej czy zawodowej.

Marek Edelman potrafił mówić rzeczy niewygodne.
Nie waha się podjąć dramatycznego moralnie problemu losu dzieci narodzonych w wyniku gwałtów etnicznych – i wejść w polemikę z samym Janem Pawłem II, który wzywał matki-ofiary gwałtów, do donoszenia ciąży. ‚Serbowie i Chorwaci gwałcą tysiące kobiet muzułmańskich. Kobiety te następnie są odrzucane przez swoje społeczności. Papież w związku z tym mówił o konieczności współczucia oraz unikania aborcji, o ~ochronie~ dzieci zrodzonych z gwałtu i przemocy, ale ja uważam, że taka postawa jest nieludzka, zwłaszcza wobec tych kobiet. Zresztą geny gwałcicieli nie zasługują na przetrwanie’ (…) 
Ale czy nie muszą istnieć autorytety, które mają prawo wzywać ludzi choćby i do heroizmu?
Edelman:
– Niech biskupi z Watykanu adoptują te dzieci. Dlaczego oni nie wzięli tych dzieci? Są bogaci, mają piękne apartamenty. Każdy może wzywać do bohaterstwa. Tylko co wynika z tego mówienia...*”

Tak, ta biografia daje do myślenia. Człowiek zaczyna zastanawiać się nad swoim życiem i człowieczeństwem w ogóle.

Świetny jest także ten rozdział, gdzie autorzy opowiadają o kulisach powstawania pierwszego wydania biografii i o tym, co było później. O spotkaniach z czytelnikami, osobistych relacjach z Markiem Edelmanem. Ta część jest chwilami naprawdę wzruszająca.

Dobra, ważna książka.
Do tego słusznych rozmiarów, uzupełniona unikalnymi fotografiami.

*„Marek Edelman. Życie. Do końca.” Witold Bereś, Krzysztof Burnetko AGORA SA i Fundacja ‚Świat Ma Sens’, Warszawa 2013

**”Jak błądzić skutecznie” prof. Zbigniew Mikołejko w rozmowie z Dorotą Kowalską.
AGORA S.A. i ISKRY, Warszawa 2013

—————————————————————————————————————-

14 komentarzy:

  1. Tak, to jest jak łyk świeżego powietrza pośród wszechobecnej czarno – brunatnej stęchlizny.

    OdpowiedzUsuń

  2. Dziękuję Ci, że wróciłaś i że piszesz o Ważnych Książkach i Mądrych Ludziach

    OdpowiedzUsuń

  3. No po takiej zachęcie, nie wypada nie przeczytać ….

    OdpowiedzUsuń

  4. Jeżeli po tych 700 stronach nie masz dość, to zachęcam do przeczytania książki Beresia i Burnetki o Kaziku Ratajzerze. O czasach wojennych bohater mówi bardzo podobnie jak Edelman, za to powojenne losy ułożyły mu się zupełnie inaczej – i dla tej części powojennej szczególnie warto sięgnąć po tę książkę. http://www.zacofany-w-lekturze.pl/2012/04/zycie-ludzkie-jest-wazniejsze-niz-honor.html

    OdpowiedzUsuń

  5. Zapisuję sobie, dzięki.

    Usuń

  6. A czytałaś już”Ciągle po kole” Anki Grupińskiej? Rozmowy z żołnierzami ŻOB,trzeba przeczytać. A mówiłam Ci już, ze uwielbiam Cię nie tylko za futra, ale i za to, jak piszesz? Serdeczności!

    OdpowiedzUsuń

  7. nie, nie czytałam, ale jak mówisz, że trzeba, to sprawdzę :)
    (miło mi bardzo, tak poza tym)

    Usuń

  8. Mam w domu „Ciągle po kole” od kilku lat i wiedziałam, że „kiedyś przeczytam”. No to teraz dostałam niezły impuls – dziękuję.

    Czytałam książkę „Strażnik: Marek Edelman opowiada”. Oceniłam ją na 5,5/6. Osobowość Edelmana jest fascynująca. Szczególnie zapamiętałam odpowiedź na pytania „Co jest w życiu najważniejsze?” i „Co to jest patriotyzm?”.

    Usuń

  9. darzę Marka Edelmana ogromnym szacunkiem. Trudno by mi było podać nazwiska osób, które nazwałabym autorytetami, ale jeśli już Marek Edelman byłby chyba pierwszy na tej bardzo krótkiej liście. Zawsze miałam problem tylko z jedną rzeczą – z jego niecierpliwością i złością. Chyba nawet rozumiem skąd się brały, ale z drugiej strony myślę, że wielu ludzi tym odpychał, można to było wziąć za arogancję. Żal mi po prostu, że z powodu bardzo trudnej formy to, co miał do powiedzenia i jak widział człowieka i świat – do iluś ludzi nie dotarło, choć mogłoby. Wielki człowiek. Bardzo bardzo żałuję, że nigdy nie miałam zaszczytu spotkać go osobiście. Choć pewnie tylko bym go zirytowała pytaniami… :-)

    OdpowiedzUsuń

  10. też mi się ta niecierpliwość w oczy rzuciła, ale sobie pomyślałam, że człowiek, który przez całe życie musiał podejmować decyzje o życiu i śmierci do tego pod presją czasu; człowiek, który musiał redukować swoje wątpliwości, zapomnieć o dywagacjach, brać na siebie ogromną odpowiedzialność w chwilach niebezpieczeństwa, może się irytować współczesnym „rozmemłaniem”. Dla niego problemy przeciętnego człowieka to nie są żadne problemy. Po co się w czymś tyle grzebać i zastanawiać…skoro liczy się życie, po prostu :)
    myślę, że może nie tyle arogancki, co władca autorytarny może. ale ja mu się nie dziwię.

    Usuń

  11. Jeden mężczyzna z mojej rodziny był u dr. Edelmana na konsultacji kardiologicznej i usłyszał wtedy od niego (mówił na „ty”, bo pracował z inną osobą z rodziny): „I co się martwisz? Młodo już, k…wa, nie umrzesz.” Można by to było uznać za brutalne, ale – poza tym, że przeszło do rodzinnej anegdoty – paradoksalnie ustawiło sprawę w dobrej perspektywie.

    Usuń

  12. Cieszę się, że Wam się tekst podobał!

 

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *