Lilka Kossak, część pierwsza i nie ostatnia. Bardzo dygresyjna

IMG_4169aTrzeba być chyba niespełna rozumu, by sądzić, że można życie bliźniego zamknąć na/w kilku stronach A4.
Nie da się. Nie ma takiej możliwości.
Zawsze będziemy tylko ślizgać się  po powierzchni.
Każdy, komu chciałoby się zagłębić w źródła, mógłby stworzyć alternatywną wersję biografii drugiego człowieka.

To powód, dla którego, nawet najlepiej napisane biografie, poprzedzone latami badań, są świetnym źródłem informacji, punktem wyjścia; nigdy zaś nie powinny stawać się dla czytelnika jedyną prawdziwą wersją historii.
(Ludzie, myślcie! To nie boli! – chciałoby się zawołać – myślcie, sprawdzajcie, wyciągajcie wnioski)

Poza tym, postuluję utworzenie archiwum egzystencji, o którym mówi Maria Janion: „Uważam mianowicie, że potrzebne jest archiwum egzystencji. Chodzi mi o archiwum egzystencji wszystkich. Żeby gdzieś wszystko było zapisane. To pomysł, który nurtuje Czesława Miłosza. Miłosz, wspominając w ‚Roku myśliwego’ wiosnę roku 1920 w Wilnie, pyta, no, dobrze, ale jak to wszystko zatrzymać, jak to zapamiętać? A przecież nie chodzi tu tylko o obraz, jaki on przechował, ale również o percepcje tych wydarzeń przez innych. Miłosz zaczyna marzyć o istnieniu jakiegoś miejsca, w którym wszystkie percepcje, wszystkie obrazy zostałyby zachowane. To marzenie o ocaleniu, odkupieniu wszystkiego, co się dzieje w czasie, odkupieniu w wieczności, tak żeby to było wiecznie zachowane. Każda drobina egzystencji.*”

Ponieważ jednak nie sposób tylu relacji przeczytać, może powinno się to jakoś nagrywać po prostu? Tylko że, z pozoru obiektywne i zimne oko kamery, nie pokaże nam tego, co się działo w głowach i sercach. Więc znów listy, relacje i pamiętniki…
Po przeczytaniu kilku książek o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, przychylam się do słów Anny Nasiłowskiej: „Ludzie piszący dysponują straszną i niesprawiedliwą przewagą nad niepiszącymi: to oni zostawiają wspomnienia. Po jakimś czasie, gdy wszyscy świadkowie nie żyją, pozostają tylko słowa.**

W amoku sprawdzania cytatów, trafiłam na swój tekst o Jasnorzewskiej sprzed kilkunastu lat. Rękopis nastoletniej pannicy, pełen egzaltacji, ślepego podziwu i zdań w stylu: To dziecko musiało urodzić się podczas sztormu na Morzu Egejskim, na statku zmierzającym do Grecji. I nigdy nie uwierzę w żaden Kraków.
O dziwo, w tym stylu są utrzymane także wspomnienia wielu osób, które, w przeciwieństwie do mnie, poetkę znały osobiście. Wiem, że w Polsce pokutuje pogląd, że o zmarłych można mówić dobrze albo wcale, ale jak przy takim założeniu w ogóle można badać przeszłość?
Zastanawiam się, ile prawdy jesteśmy winni tym, co przyjdą po nas. I czy takie nieeleganckie grzebanie w życiorysach jest potrzebne. Czy w wypadku twórców, dzieło nie powinno bronić się samo?
W sumie, wolę badać życie ludzi wybitnych lub/i inspirujących, niż czytać plotki o celebrytach.

Jan Lechoń w 1955 roku w „Dzienniku” (t.3. PIW, Warszawa 1993) wspomina Marię Pawlikowską-Jasnorzewską i potwierdza to, co zauważyłam, czytając teksty o niej kilkadziesiąt lat później: „Bardzo dużo napisano o niej, ale wszystkim tym pochwałom czegoś brak: pisze się o niej, jak zawsze u nas, prawie jak o świętej.
Mnie Pawlikowska-Jasnorzewska interesuje bardziej jako człowiek, niż bogini poezji, wróżka czy „polska Safona”, jak wielu ją przedstawia.

Przypomniała mi się opowieść, niestety nie pamiętam źródła, ale wydaje mi się, że któraś ze znajomych blogerek kilka lat temu to opisywała. Brzmiało to mniej więcej tak: „Na studiach mieliśmy świetnego młodego wykładowcę, który po zajęciach chodził z całą naszą grupą na piwo i prowadził nocami błyskotliwe dyskusje. Niestety, miał żonę i malutkie dziecko, i ta żona do niego wieczorami dzwoniła, odciągała go od nas. Wydawała mi się mało wyluzowana i zazdrosna, a on taki wspaniały. Dziś sama mam małe dzieci i współczuję tamtej żonie. Dopiero teraz widzę, że ów wykładowca był niedojrzałym, uciekającym od obowiązków kretynem.”
Przytaczam to jako paralelę do mojego odbioru Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.
Kilkanaście lat temu „Marię i Magdalenę” znałam prawie na pamięć, a „Zalotnica Niebieska” dostarczała mi przeżyć wręcz mistycznych. Ach, obcowałam z genialną poetką, której każdy gest był w moim odczuciu przejawem indywidualizmu i wielkości. Była taka niepospolita, oderwana od prozy życia, żyjąca sprawami wzniosłymi – miłością i poezją. Mnie – szesnastolatce zdawała się zjawiskowa.
Dziś jestem dorosła, praktyczna, nieuwznioślona i te same sprawy postrzegam zupełnie inaczej.
Abstrahując od samej twórczości, Pawlikowska-Jasnorzewska w ciągu tych kilkunastu lat, dzielących mnie od pierwszej fascynacji poetką, zdecydowanie spadła dla mnie z cokołu.

Wraz z każdym kolejnym panegirykiem, który czytałam, rósł we mnie bunt. Bardzo chciałam znaleźć coś więcej niż eteryczna-magiczna-prześliczna, coś ludzkiego, coś zwykłego, trochę brzydkiego.
(Archiwum egzystencji, gdzie jesteś?)
Gdy trafiłam na wypowiedź Edyty Gałuszkowej-Sicińskiej, ucieszyłam się, że w końcu jakiś ludzki rys. Może rysa?
Pani Edyta opowiada, ze na Kossakówce zaczęła bywać ze swoim mężem, Aleksandrem Gałuszką, poetą. A oto scena, którą zapamiętała: Któregoś dnia, Gałuszkowie, otrzymawszy zaproszenie na kolację od p. Izy Żeleńskiej, wstąpili po drodze po siostry Kossak, które też były zaproszone. „Stoimy wszyscy – panie w długich sukniach – w holiku Kossakówki, gotowi do wyjścia. Jeszcze tylko Lilka… A Lilka schodzi z górki i nagle tupie nogą: ‚Ja w tej chwili czuję okropny brak żelaza, muszę natychmiast dostać żelazo. Kucharciu, ja muszę dostać szpinak.’ Zdębieliśmy i mało nie padli z wrażenia. Stojąc lub siedząc, jak wypadło, czekaliśmy… Kucharcia przyniosła szpinak z warzywnika, szybko ugotowała, przyrządziła, Lilka zjadła to swoje żelazo i wreszcie ruszyliśmy (…)”
Poza tym jesteśmy informowani, że „Jasnorzewska to cudowna poetka, ale bardzo chimeryczna, trudna we współżyciu. Wcale nie anioł, jak mogłoby wynikać ze wspomnień Madzi, która niewątpliwie była tą lepszą siostrą.”
Cytowany tekst pojawił się najpierw w książce „O Magdalenie Samozwaniec„, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1979, potem został przedrukowany w „Zniknę jak obłok. O Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Wspomnienia i wiersze.” Wydawnictwo Domena, Warszawa 2004.

Przedrukowane, znaczy że prawdziwe!
Można by się, z tego obnażenia niezbyt chwalebnych cech u rzekomego anioła, ucieszyć, gdyby poprzestać na tym, co się dotąd wyczytało.
Jeśli jednak ciekawość pcha nas dalej, znajdziemy poetę Gałuszkę w nieco innej „konfiguracji”.
Z książki Anny Nasiłowskiej** dowiemy się, że w 1932 Aleksander Gałuszka zaatakował Tuwima, kwestionując „polskość” poety. Pawlikowska-Jasnorzewska, szczerze oburzona, napisała wspierający list do Tuwima i uzyskała odpowiedź:
Najmilsza Siostrzyco
Polewka z gałuszkami – to nie żadna grupa
Polewska z gałuszkami – to najwyżej zupa
Polewkę z gałuszkami wylejmy do kupy
Polewka i Gałuszka to przecież dwie…
(…)Nie przejmuj się pilocino kochana, ze cię Rusinki, Polewski, Gałuszki (…)ignorują**

Wobec powyższego, wspomnienie pani Gałuszkowej traci nieco na wiarygodności. Człowiek zaczyna się zastanawiać, czy poetka była aż tak chimeryczna, jak świadczyć mógłby ten nieszczęsny szpinak. A także, czy większa sympatia do Madzi Samozwaniec (jako tej lepszej z sióstr) nie wiąże się w jakiś sposób z tekstem o niezbyt poprawnej politycznie, jak dziś byśmy powiedzieli, wymowie, którego ta nie miała skrupułów swego czasu opublikować, a co w obliczu narastania antysemityzmu w Europie było jeszcze bardziej nie na miejscu. Koledzy żydowskiego pochodzenia jednak (Chcąc załagodzić sprawę? Pragnąć zawstydzić koleżankę po piórze i sprawić by się opamiętała?) pogratulowali jej „świetnej parodii”, dzięki czemu Madzia mogła wyjść w sytuacji z twarzą.

I bądź tu człowieku mądry i pisz wiersze notkę biograficzną.
Idź, szukaj dalej, drąż. Może coś przegapiłeś.

                                                                     ciąg dalszy nastąpi… (interesuje Was ten temat w ogóle, czy tylko mnie?)

*Barbara N. Łopieńska. Męka twórcza. Z życia psychosomatycznego intelektualistów. WAB, Warszawa 2004

** Anna Nasiłowska. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, czyli Lilka Kossak. Biografia poetki. Algo sp. z o.o., Toruń 2010

———————————————————————————————-

36 komentarzy:

  1. Jeśli o Pawlikowską i przywrócenie jej właściwych proporcji chodzi, to najlepszy jest jej dziennik wojenny i listy. Dostajemy po łbie marzeniem o futrze, rachunkami od dentysty, awanturami z mężem, o szczegółach szpitalnych nie wspomnę i więcej już o eterycznej wróżce nie będziemy mówić i myśleć. A anegdotę o oblaniu Madzi zawartością nocnika tuż przed wielkim balem pamiętasz?

    Odpowiedz

  2. we wspomnieniach mówi się o „oblaniu brudami”.
    ten jej dziennik wojenny stał się dla mnie początkiem odbrązawiania. zobaczyłam w nim wiele niezbyt przyjemnych cech Lilki jako człowieka.
    chciałabym jeszcze jakimś cudem zdobyć jej listy do rodziny. z tego, co Madzia cytuje w „Zalotnicy…” też wyczytałam teraz po latach całkiem inne rzeczy. Ona je cytuje, by pokazać nieprzeciętność siostry, ale między wierszami można sporo zobaczyć…

     

  3. Za Listy Lilki trzeba dać wszystkie pieniądze świata, niestety. Tańsze są listy Wojciecha Kossaka, gdzie o córeczkach jest to i owo. Kossak wielkim stylistą był, więc te listy same w sobie rozkoszne: http://plaszcz-zabojcy.blogspot.com/search/label/Kossak%20Wojciech. Trudno, żeby poeci byli nieustannie poetyczni, czasem muszą rodzonej siostrze kłaków garściami wyrwać. W dzienniku uderzył mnie stosunek do męża; zastanawiam się, czy pisała w złości, czy też wcale takiej sielanki nie było.

     

  4. to co w złości to jeszcze rozumiem, ale ona go jakoś… odczłowiecza, a na pewno „udziecinnia”. Pisze o nim jak o zwierzątku jakimś. zresztą stosunek obu sióstr do mężczyzn był specyficzny…
    Czytam teraz teksty Samozwaniec i mimo założenia, że satyra rządzi się nieco innymi prawami niż zwykła proza, też sporo tam widać.
    A listy Wojciecha nieoceniony Pan Marek ma dla mnie w antykwariacie. W sobotę odbieram! 1600 stron :)

     

  5. Że go infantylizuje, to pół biedy, wszystkie Kossaki tak miały. Ale on tam wyrasta na jakieś monstrum, którego ona się zwyczajnie boi. Chyba muszę przejrzeć dziennik jeszcze raz i wreszcie coś o nim napisać.

     

  6. ale dziwnym trafem Kossaki infantylizowały głównie mężów sióstr. reszta była określana specyficznie, według rodzinnego kodu, ale nie aż tak.
    zresztą ten dom to też osobny temat.
    Nasiłowska w książce nieco o tym mówi i to się bardzo pokrywa z tym, co sama sobie wymyśliłam.
    Ja dziennik potraktowałam łagodnie, ale i tak mi zarzucono, że jestem niesprawiedliwa dla Lilki :)
    http://jutrofutro.blogspot.com/2013/02/maria-pawlikowska-jasnorzewska-wojne.html

     

  7. Trudno traktować poważnie mężów, których siostry sprowadzały na łono rodziny. Jeden Pawlikowski chyba miał nieco szacunku, chociaż to z kolei jego rodzina sprowadzała Lilkę do „Scurecka”:P Twoja recenzja dziennika migała mi już, ale twardo nie zaglądam, póki nie napiszę swojej, bo ja wpływowy jestem:)

     

  8. ale podobno ta rodzina Pawlikowskiego tez wcale nie była taka, jak to Madzia przedstawia!
    zresztą on jej pomaga redagować wiersze i złożyć tomik, traktował ją poważnie jako twórcę z tego co pamiętam. i chyba jego brat w ogóle to pomagał wydać… tylko nie wiem gdzie jeszcze szukać tych informacji z drugiej strony.

     

  9. a. i przecież mężowie chcieli żyć normalnie, to Kossakówny nie dorosły chyba nigdy i od domu się odkleić nie umiały.
    będę o tym pisać potem też :)

     

  10. Migały mi jakieś pamiętniki któregoś Pawlikowskiego, ale głowy sobie nie dam obciąć. Samozwaniec chyba pisała coś w rodzaju, że Jaś się zmieniał po powrocie do rodzinnego domu, bo poza nim właśnie taki bardziej idealny był. Oczywiście zgoda, że Kossakówny stanowiły żeńską wersję Piotrusia Pana, chociaż to ponoć niemożliwe:PP

     

  11. ja dopiero po latach odkryłam, że Samozwaniec miała córkę. kiedy czytałam jej książki jako nastolatka, w ogóle tego nie zauważyłam. no bo ona na placówce albo przez kilka miesięcy na wczasach w Monte Carlo, a o dziecku ani słowa. Dopiero teraz zauważyłam, że ze trzy zdania na ten temat są, głównie w listach Lilki do matki, w stylu „dziecko wyślij do ciotki, nic mu nie będzie, a sama do nas przyjedź, bo nam nudno”.

     

  12. No tu i ówdzie było coś o „tłustej Reksi”. Jej zagadka zdominowała zresztą kiedyś jedną z blogowych dyskusji o Samozwaniec i różności udało się wykryć. Najwięcej jest chyba w zbiorze Podrazy.

     

  13. u Podrazy się wnuczka Samozwaniec wypowiada, ale nie rozwiązuje zagadki…

     

  14. po tym jak „odczarowało” mi to, co przeczytałam, obraz Jasnorzewskiej, przychylam się do Twojej opinii :)

     

  15. dzieki za ten tekst, czekam na ciag dalszy :) tez sie zaczytywalam MiM, wojenny pamietnik znam. Poetka i czlowiek- jakby dwa odrebne byty.

    Odpowiedz

  16. szło mi jak po grudzie z powodu problemu z koncentracją. (rzucam palenie) postaram się niedługo umieścić kolejny kawałek historii :)

     

  17. „Listy 1928-1945” odbrązowiają. Są jednak i tak pełne uroku, którym pachnie całe dwudziestolecie.

    Tak sobie myślę, że to podejście do facetów jak do „zwierzątek” mogło Kossakównom pomagać uporać się z ciągłą męską niewiernością, na jaką napatrzyły się już w rodzinnym domu. Od „zwierzątek” wszak wiele oczekiwać nie można, to takie głupiutkie, choć pocieszne i czasami przydatne stworzenia.

    A tak w ogóle – nikt nie jest tylko jakiś.
    Nikomu nie mówcie, ale my też ;-)

    Dorota

    Odpowiedz

  18. Listy bardzo bym chciała przeczytać. Ciekawe czy w bibliotekach są. Muszę sprawdzić.
    A co do niewierności w domu, to Kossakówny miały w ogóle specyficzny stosunek do rodziców. Ojciec był dla niech wiecznie młody i jemu „się należało”, mógł szaleć. Przecież Madzia bywała mu „przyzwoitką”, gdy wyjeżdżał z kochanką, zaś Mamidło w podobnym co ojciec wieku, było traktowane przez córki protekcjonalnie i jak stara już kobieta. Zresztą stosunek do męskości i kobiecości jest w ogóle u sióstr ciekawy. To też na tekst dłuższy niż komentarz :)
    I oczywiście, że każdy jest „jakiś”. Dlatego tak uparcie szukałam człowieka w poetce, co po śmierci jest wspominana jako bóstwo i świętość. Wolałabym znaleźć człowieka, z którym chciałabym się zaprzyjaźnić, no ale nie można mieć wszystkiego ;))

     

  19. Byłam ciekawa twoich reakcji, bo ja od dość dawna to co się ukazywało czytałam (Pamiętniki Wojciecha czytane ciurkiem niestrawne, rób przekładaniec, bo się zanudzisz, dość monotematyczne jak pamiętam. Sicińska raz jeszcze skrytykowała szczegół nowego mieszkania Lilki z Lotkiem, chyba właśnie w tej ostatniej książce, co to znajomi się o Lilce wypowiadają – chyba za nią nie przepadała. No i baaaardzo chłodno i półgębkiem wypowiada się Gloria, bratanica. Pamiętniki wojenne Jasnorzewskiej są przejmujące, choć ja czytałam pierwsze, podobno okrojone wydanie. Nie chciałabym do tego wrócić, zwłaszcza do ostatniej części. A zaczęłam sielsko we wczesnej młodości Marią i Magdaleną. A tych Listów 1928-1945 nie znam.Lilki? Do kogo?

    Odpowiedz

  20. Listy, LISTY Wojciecha :) Pamiętniki już mam. ciurkiem się nie da, masz rację.
    Weszłam na allegro i fuksem kupiłam za 5 złotych listy, ale 1940-45. tamtych wcześniejszych poszukam w bibliotekach może. Lilki listy. Pewnie do wszystkich, do których się zachowały i którzy pozwolili udostępnić.

     

  21. O Reksi było w MiM już – że się urodziła na skutek prezentu antykoncepcyjnego, jaki Wojciech dał Madzi po jej ślubie ze Starzewskim (Starzewski mu było?). I że pseudonim „Samozwaniec” dla Madzi Lilka i Pawlikowski wymyślili zaraz po porodzie.

    Pisz, pisz, ciekawe to.

    Btw, już milion razy chciałam Ci rzec, że gusta literackie mamy w punkt, aż dziw – od Holokaustu po Kossaków. Przez Janion. cuda, panie :)

    Buziak, jak-ciotka

    Odpowiedz

  22. Dla mnie, po mniej obszernej lekturze, jak już kiedyś pisałam – Lilka była egoistką. I szła porywami, nie patrząc na boki. Madzia była lekko przytłamszona, ale i tak zdrowy rozsądek jako – tako zachowywała. Relacje rodziców też przedziwne, stosunek córek do tego, jak jest w domu, wskazywał na olbrzymie poświęcenie Mamidła. Zawsze traktowałam to jako „ładny obrazek”, z którego po bokach wychodzi coś ładnego mniej. Więc nie mając złudzeń już po lekturze tych książek, które Lilkę gloryfikowały, obejmując nimbem (i to jakim!) także Wojciecha, niczego więcej nie chcę wiedzieć. Bo lubię ich z tą całą dysharmonią i niech tak zostanie:)
    I tak, Starzewski się zwał ojciec dziecka Madzi. Madzia, w swej naiwności dziewiczej, nie potrafiła zastosować prezentu i dlatego pojawiło się dziecko – prawie dosłowny cytat, mam wrażenie. Wojciech w swych intencjach miał 100% racji. Siostry się nadawały na matki jak ja do baletu;-)

    Odpowiedz

  23. Beem – pełen tytuł to „Listy do przyjaciół i korespondencja z mężem 1928-1945”, Maria z Kossaków Jasnorzewska, opracowane przez Kazimierza Olszańskiego, Wydawnictwo „Kossakiana”, Kraków 1998.

    Zawartość to w większości wcześniej nigdzie niepublikowane listy Marii, które pisała do swego ostatniego męża. Po śmierci poetki nie chciał ich nikomu przekazać, nawet Magdalenie. Gdy zmarł, przypadły siostrze Jasnorzewskiego, która po dalszych dwudziestu latach przekazała je do Muzeum Literatury w Warszawie.

    Dorota

    Odpowiedz

  24. Bardzo Ci kochana Doroto dziękuję! To już wiem o co chodzi.*

     

  25. Beem – plisik :-)

    Dorota

    Odpowiedz

  26. mnie interesuje bardzo :) również przezywałam nastoletnia fascynacje poetka, ale moje „studia biograficzne” zakończyły się na „Marii i Magdalenie”. Jutro odwiedzam bibliotekę, wiec zapytam o inne książki o Lilce, co nie zmienia faktu, ze z przyjemnością przeczytam Twój ciąg dalszy.

    szalenie mi się podobał tez Twój tekst o Korczaku.

    Pozdrawiam,
    wierna czytelniczka od kilku miesięcy :)

    Odpowiedz

  27. Bardzo to ciekawe dla mnie. Przeczytałam jako dziecko wszystko co napisała Magdalena, mnie fascynował opis świata, którego już nie ma, stosunki damsko męskie, arystokracja i dwie „księżniczki” jako zakompleksione dziewczę łatwo uległam fascynacji poetką oczywiście. Rozumiem, że chcesz wiedzieć wiecej. Fascynujace jast jak zmieniamy stosunek do rzeczywistości :)

    Odpowiedz

  28. Ja podobnie, wpadłam w „Marię i Magdalenę” jako w tamten świat, opisany ze swadą i poczuciem humoru. Natomiast Lilkę mimo wszystko lubiłam tylko za wiewiórkę w zasadzie. Jako osobę, bo poezja jest piękna i ukazująca ogromną wrażliwość. Ale taką właśnie nieco wsobną, cieplarnianą. Ja zresztą zazwyczaj staram się oddzielać twórcę od twórczości na zasadzie, że „poetą się nie jest, poetą się bywa”. No, i przecież tak trudno kogoś opisać bezstronnie.

     

  29. Interesuje! Bardzo! ale wiesz, straszny smutek mnie naszedl, gdy stanęłam w Krakowie przed Ich domem… wtedy widać, ze coś odeszło, minęło, nie wróci..

    Odpowiedz

  30. wszystko o kossakach w każdej odsłonie przeczytałam na przełomie podstawówki i liceum, więc już niewiele paiętam. wtedy jeszcze czytałam ;) natomiast teraz nadal i wciąż czytam poezję. i jakże mnie zamurowało jak trafiłam na kultowy tekst niby ich troje – grafomaństwo nad grafomaństwem – w zbiorze dzieł – Jasnorzewskiej. Wzięłam sięgłam do wiedzy i wyvzytałam, że z zapałem moherowym zwalczała inicjatywy aborcyjne. i wtedy w jednym momencie składając fakty do kupy wszelkie nike z odciętymi ramionami mnie zemgliły. bo. bo mogłabym tu esej na temat przyczyn nagłego zemglenia itepe ale nie mam chyba aż tyle zapału. w skrócie. się mi sama odbrązowiła bez pomocy biografów:)

    http://www.wiersze.annet.pl/w,,11496

    Odpowiedz

  31. Spt, wiersza nie znałam, ale jak go czytam, odbieram go raczej jako krzewienie świadomego macierzyństwa, zahaczającego o eugenikę. I mam takie dziwne przeświadczenie, że Lilka usuwała ciążę. Nie wiem, skąd ono mi się bierze, może gdzieś coś przeczytałam na ten temat. Może jest błędne.
    Zresztą obydwie siostry kojarzą mi się z Boyem-Żeleńskim i towarzystwem „Wiadomości Literackich”, a gdzie tam szukać moherowych beretów?
    Gdzie wyczytałaś, że była antyaborcyjna?:)

     

  32. no a gdzie mogłam. gdzieś w sieci :) nie pamiętam szczegółów ale to było też w trakcie jakiejś dyskusji okołoustawodawczej przedwojennej. nie wiem czy własnie z drugiej strony nie miała boya jaki oponenta.

    z aborcją mi się nie kojarzy. bardziej z tym, ze nie mogła zajść w ciążę – ale mogę wymyślać ;)

    ech. kiedyś przeczytalam WSZYSTKO o Hłasce i WSZYSTKO o Jasnorzewskiej. Teraz jedną książkę męczę tygodniami. aż mi wstyd :(

    o proszę. ciotka wiki potwierdza, że boy był za. więc musiała być z drugiej strony. zaraz pogrzebię :)

    http://pl.wikipedia.org/wiki/Aborcja_w_Polsce#Okres_mi.C4.99dzywojenny

    (a wierszydło jest obiektywnie koszmarne. się nie zgodzisz ? ;)

     

  33. ale wiesz co Just, teraz znajduję co innego. ech. historia i jej interpretacje. może wtedy znalazłam jakiś doktorat polonisty prawicowca ;))) na pewno to zobaczyłam bo pamiętam wstrząs jaki mnie ogarnął.

    co jednoznacznie dowodzi, że wywód zakurzonej, że trzeba krytycznie do tego co się wyczyta – podkreślić trzeba na złoto ! :)

     

  34. ona w zasadzie nie angażowała się w żadne ideowe walki. liczyła się dla niej głównie poezja, ona sama (uroda, ubrania) i mężczyźni.
    i zdziwiłabym się gdyby walczyła z aborcją, patrząc na jej poglądy, ale nie wiem/nie mam zdania/zarobiona jestem :)

     

  35. Temat interesuje mnie bardzo. Czekam na dalszy ciąg. Swojego czasu zagłębiałam temat ale bardzo pobieżnie, dając się porwać magii „tamtych czasów”, jedynie docierając do książek Magdaleny Samozawaniec, zgromadzonych w mojej biblio. Cieszę się, że Ciebie czytam. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *