Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika. Stephen King

SAM_2145Na początek mam cytat idealny.

Pisałem niedawno o tym, jak niewielu początkujących poetów jest tak naprawdę zainteresowanych poezją. Wielu (jeśli nie miażdżącej większości) chodzi o wypisywanie, „co na serduszku leży”, o pełnienie społecznych funkcji poety (przechadzanie się w glorii „bycia twórcą/wybrańcem muz” i podrywanie na to ładnych dziewczynek i chłopców), autoterapię, dopieszczanie swojego ego – a nie o poezję jako taką. A zatem modelowy początkujący poeta przede wszystkim poezji nie czyta (albo czyta jej bardzo mało); skupia się na pisaniu. W końcu pisarz pisze, a nie czyta, co nie? Czyta ten frajer czytelnik.
(Jacek Dehnel, Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu. WAB, 2013)

Czy tylko mnie się wydaje, że gdyby zamiast „poeta” wstawić „pisarz” cytat nie straciłby na aktualności?

Czasami słyszę zachwyty nad tym, że ktoś wydał książkę. Wolałabym słyszeć zachwyty nad fabułą, językiem, warsztatem, niż samym faktem publikacji. Gdzie się podziali porządni rzemieślnicy, którzy wiedzą że spisanie tego, co produkuje umysł, to zdecydowanie za mało?
Dziś, jeśli tylko masz odrobinę gotówki i jesteś w stanie wyprodukować kilkaset stron tekstu, możesz wydać wszystko, co napiszesz. Możesz nawet w kwadrans po wysłaniu książki do druku zacząć nazywać się pisarzem. Bo kto ci zabroni. Pewnie ci frustraci, którzy sami chcieliby coś wydać, ale nie umieją. I nie wiedzieć czemu uważają, że źle jest jeśli autor sam robi redakcję i korektę swoich tekstów. Przecież to, co wyszło spod twoich palców jest doskonałe. Dlaczego ktoś miałby ci coś skracać, wstawiać przecinki albo sugerować, że nad tekstem trzeba jeszcze popracować. To ty jesteś pisarzem, będziesz walczył jak lew.

Myślałam, że to zabawne podejście nie jest czymś powszechnym. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy na festiwalu w Siedlcach przysłuchiwałam się dyskusji z wydawcami i autorkami. Nie wiem czy wiecie (bo mnie się nadal w głowie nie mieści), że istnieją autorzy, którzy nie wydają za własne pieniądze, tylko przychodzą do wydawnictw i nie są zainteresowani pracą z tekstem, za to uważają że przynieśli skończone arcydzieło? Że nie życzą sobie redakcji, zmian, uwag? Ale, co porażające, okazuje się, że czasami wydawnictwa takie rzeczy wydają. Czasem dlatego, że autor pracy nad tekstem zabrania, a wydawnictwo wie, że na tej szmirze zarobi, czasem zaś po to, by zaoszczędzić na redakcji. O oszczędzaniu na korekcie i redakcji pisać w ogóle nie będę, bo słów mi brak, by to komentować.

Jeśli zaś o niechęć do pracy nad własnym tekstem chodzi, to obserwując reakcje ludzi wokół, naprawdę dużo się uczę.
Niedawno odkryłam, że dorośli wykształceni ludzie mają problem z oddzieleniem autora od tekstu. W obie strony. Jeśli ktoś napisze coś, z czym się nie zgadzamy – jest głupi. Jeśli zaś ktoś nie zgadza się z czymś, co napisaliśmy, albo uważa że powinniśmy coś poprawić – jest głupi, to oczywiste, ale co gorsza uważa, że my jesteśmy głupi. Obraża nas swoimi uwagami o braku przecinków! Jeśli zaś zaleci przekształcenie jakiegoś zdania – obraża naszą matkę. Chcesz mieć wroga? Powiedz piszącemu, że może nie jest źle, ale powinien jeszcze popracować.

 

ela2

W zalewającej wszystko masie ludzi o kruchym ego, którym nie można zwrócić uwagi, którzy nie mają grama dystansu* ani cienia samoświadomości można jednak trafić na pisarza, który zna swoją wartość, zna swoje słabe i mocne strony, jest szczery, nie kreuje się na kogoś innego i jeszcze postanowił podzielić się tym, do czego doszedł przez lata pisania.

Kocham pana, panie King!

Nie znam jego twórczości, kiedyś dawno coś tam czytałam i po lekturze książki „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” obiecałam sobie, że sięgnę po to, co u Kinga najlepsze. Jeśli chcecie wiedzieć za co można go lubić i co jest najlepsze, polecam artykuł Aleksandry Zielińskiej. Z jednej strony modlę się, by Zielińska nie założyła bloga książkowego, bo zmiótłby z powierzchni ziemi konkurencję, a drugiej powstania takiego bloga pożądam.

Pamiętnik rzemieślnika wypożyczyłam z biblioteki i zakochałam się w nim od pierwszego czytania. Przedłużałam już sobie czas wypożyczenia, bo trudno mi się z tą książką rozstać, ale dziś mi napisali, że termin minął. Chyba sobie kupię pod choinkę czy coś.

Książka jest zabawna, interesująca, dobrze napisana – naprawdę mogę tylko mnożyć superlatywy. W połowie jej pisania Stephen King uległ ciężkiemu wypadkowi – potrącił go samochód i nie było pewne czy autor wyjdzie z tego cało, a jednak wrócił i dokończył pracę.

King opowiada historię swojego pisarstwa – jak trudno było mu zaczynać, jak biedowali z żoną, jak pisał na dziecięcym biureczku wciśnięty gdzieś w kąt. Jak układał fabułę swoich opowiadań przy ciężkiej fizycznej pracy. Jak pewnego dnia, choć nie żyło im się najłatwiej, żona zaproponowała, że przez rok będzie ich utrzymywać, tak by King mógł spróbować zostać pisarzem na pełen etat, bo jeśli przez rok mu się nie uda, raczej nie uda się w ogóle. Ile wiary ale też zdrowego rozsądku wykazała Tabitha. Bardzo mi się podoba ta kobieta i jej relacje z mężem. Podoba mi się jak King opisuje pracę nad książką. Komu ją zwykle pokazuje, na czyich opiniach polega, na co zwraca uwagę.

Druga część książki zawiera porady dla piszących, ale są to porady bardzo konkretne, poparte przykładami z życia i pisarstwa autora. Rewelacyjnie się to czyta. Pokaz samoświadomości, dystansu, humoru, ale też nauka redakcji na konkretnym tekście. Pokazanie, co autor by z tekstu wyrzucił i dlaczego.

Czytając to zrozumiałam w czym tkwi słabość niektórych książek. Autorzy za bardzo skupiają się na przeszłości bohaterów, a czytelnika interesuje raczej teraźniejszość i to, co się stanie niebawem. Po co nam opis życia bohatera pełen szczegółów niezwiązanych z bieżącą akcją?
Jest też sporo o znienawidzonych przez Kinga przysłówkach. Mówi też o tym, że pisarz powinien bardzo dużo czytać i podaje listę książek, które przeczytał w ostatnim czasie z przyjemnością. Całość jest tak smakowita, że mam ochotę zacząć czytanie od nowa!

Wyrazy uznania dla tłumaczki Pauliny Braiter, która bardzo się napracowała, przekładając porady dotyczące gramatyki, tak by miały odpowiednie przełożenie w języku polskim, nie tracąc przy tym charakterystycznego stylu autora. Brawo.

Na koniec oddam głos samemu Stephenowi Kingowi:

Zacznijmy od tego: ustawcie swoje biurko w kącie i za każdym razem, gdy siądziecie za nim, by zacząć pisać, przypomnijcie sobie, czemu nie stoi na środku pokoju. Życie nie jest układem podtrzymującym sztukę. Jest akurat na odwrót. [s.84]

Jedną z najgorszych rzeczy, jaką możecie zrobić podczas pisania, jest silenie się na ozdobne słownictwo, poszukiwanie długich słów, bo wstydzicie się użyć krótszych, zupełnie jakbyście stroili domowe zwierzątko w wieczorowe ciuchy. Zwierzak źle się w nich czuje, a właściciel robiący coś równie obrzydliwie infantylnego, powinien czuć się jeszcze gorzej. Przyrzeknijcie sobie uroczyście, że nigdy nie użyjecie słowa „ineksprymable”, jeśli macie na myśli majtki, i nie powiecie: „John zatrzymał się na chwilę, by dokonać czynności wypróżniania”, jeśli wolelibyście rzec: „John zatrzymał się na chwilę, by się wysrać”. [s.94]

Stephen King
Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Warszawa 2001

* Pisząc o braku dystansu nie mam na myśli sytuacji, w której ktoś się denerwuje, bo pchamy się z radami, o które nie prosił. Ma prawo nie chcieć rad. Ale jeśli idzie do wydawcy, powinien być otwarty na uwagi. Mogę po przeczytaniu książki, napisać co mi się w niej nie podobało, ale nie biegam po internecie i nie komentuję, że jakaś książka nie powinna ujrzeć światła dziennego, bo nikt mnie o te uwagi nie prosi. To nie moja rola.

, ,
10 comments on “Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika. Stephen King
  1. Bardzo lubię książkę Kinga i zawsze czytam ją zarówno z zainteresowaniem jak i przekonaniem że zawiera mądre rady ale nie wszystko co King pisze ma proste przełożenie na pisanie po polsku. Np. w języku angielskim powtarzanie słów nie jest błędem stylistycznym w polskim jest. Stąd proste pisanie po angielsku i po polsku to dwie różne sprawy

    • Nie wszystko się przekłada 1:1, ale jest w tej książce dużo sensownych rad. Najfajniej, że nie tylko teoria, bo najbardziej bawią mnie rady na temat tego jak napisać bestseller głoszone przez ludzi, którzy żadnego nie napisali.

  2. Bardzo lubię tę książkę, kupiłam ją sobie kiedyś w prezencie :) I zasadniczo zgadzam się z tym, co piszesz, i chciałabym bardzo, żeby świat był nieco inny – żeby autorzy najpierw czytali, a potem pisali, żeby nie traktowali tekstu jako świętości, żeby wydawnictwa inwestowały w redakcję i korektę tyle samo, co w promocję :) Ale do jednej rzeczy się trochę przyczepię – jestem akurat wyznawczynią tezy, że autora od tekstu oddzielić się czasem nie da. Że wiedząc, kim jest osoba, która daną książkę napisała, rozumiemy ją inaczej, lepiej. Oczywiście można znaleźć przykłady za i przeciw :) Może coś tracę, ale czasem wiedząc coś o autorze, nie potrafię się zmusić do sięgnięcia po jego książki. Nie przeczytałabym świadomie książki napisanej przez mordercę – ostatnio modne staje się wydawanie zwierzeń przestępców. Mam problem z pisarzami, którzy na przykład molestowali żonę (Naipaul). Czasem próbuję dowiedzieć się więcej, zrozumieć, a czasem po prostu osuwam tego autora – i tak na świecie jest więcej dobrych książek, niż kiedykolwiek zdołam przeczytać!
    To w sumie był wątek poboczny Twojego tekstu, ale ja ten temat lubię ;)

    • Czasem się oddzielić nie da, fakt. Ale tu pojawia się pytanie czy mówiąc o książce oceniamy tekst czy autora. Tak z założenia. I czy wobec tego inaczej oceniamy książkę/tekst napisany przez osobę znajomą, którą lubimy? To, co obserwuję wokół każe mi zakładać, że tak…

  3. Mam dużo szczęścia, bo jakoś do tej pory trafiałam na autorów skorych do współpracy przy redakcji.
    A jeśli chodzi o pisanie i czytanie, to chyba jakiś pisarz mówił, że na jedną napisaną stronę powinno przypadać 100 czy 200 przeczytanych. A teraz każdy ma coś do powiedzenia i niedługo więcej ludzi będzie pisać niż czytać…

    Widząc okładkę, od razu pomyślałam, że to nie dla mnie, bo twórczość Kinga jest mi kompletnie obca i nawet nie zamierzam tego zmieniać – zupełnie nie moja bajka. Ale potem widzę, że Ty też Kinga nie czytasz, a jeszcze później ten cytat, i już wiem, że na pewno będę jej szukać. Murakamiego też znam tylko z książki o bieganiu ;)

    • ja nie miałam pojęcia, że King popełnił coś takiego. Po tym tekście Zielińskiej, który linkuję w notce, poszłam szukać w bibliotece czegoś Kinga – a chciałam jakoś chronologicznie zacząć – trafiłam na to i machnęłam ręką na chronologię :)

      • Po napisaniu komentarza przeczytałam ten artykuł i aż nabrałam ochoty na jakąś jego powieść ;) Ale ja naprawdę nie lubię się bać, więc po chwili ochłonęłam i na razie poprzestanę na „Pamiętniku rzemieślnika” :)

  4. Też dopiero niedawno sięgnęłam po Kinga (Pana Mercedesa) i się zachwyciłam, choć niektórzy twierdzą, że w tej książce King obniża loty. No, ale ja muszę nadrobić i Pamiętnik rzemieślnika też mam na swojej liście..

  5. Wszystkim chcącym polubić Kinga gorąco polecam „Misery” – ja tam się nie znam, ale dla mnie to jest arcydzieło i chociaż przeczytałam wszystko, co napisał, to zawsze bez wahania jako pierwszą wymieniam tę książkę.
    No i zawsze gdy ktoś patrzy na mnie z politowaniem, że czytam jego „horrory”, to mówię, że gdyby napisał książkę telefoniczną, to też przeczytałabym z zapartym tchem.
    Jest jeszcze jego seria o Mrocznej Wieży, zupełnie inna od reszty, niedługo będzie ekranizacja, ale w tym wypadku wydaje mi się, że zachwyca ona tych, którzy kiedyś zaczytywali się s-f, chociaż zupełnie nie umiem tego uzasadnić.
    Po „Dallas” miałam długą rekonwalescencję, a o zamachu wiedziałam wszystko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *