Cwaniary. Sylwia Chutnik

IMG_2866aBardzo lubię Sylwię Chutnik jako osobę. Na tyle, na ile udało mi się ją poznać z tekstów i wywiadów. Uważam, że robi ważne, interesujące rzeczy i jest twórcza, co wcale nie jest takie powszechne.
Od dawna się przymierzałam do przeczytania jej książek, bo wstyd powiedzieć, jakoś się dotąd nie składało. Wreszcie miałam okazję by przeczytać Cwaniary.
Hmm
Przyjmijmy, że się nie znam, a Wy sami sprawdzicie, ok.? Bo napisać zamierzam szczerze.
Autorka w wywiadach mówi o tym, że dziewczyny chcą czytać powieści łotrzykowskie, gdzie głównymi bohaterkami są kobiety. Że zdecydowała się odejść nieco od realiów, ale stworzyła książkę, w której bohaterki stosując przemoc, tak naprawdę chcą wygrać ze śmiercią, która dotknęła ich ukochanych.
Być może tak jest. Jako późna nastolatka czytałam „Dobrego” Łysiaka, gdzie przemoc była wszechobecna, ale było też sporo tła obyczajowego z kręgów, w których obracali się bohaterowie i mnóstwo zabawnych i trafnych cytatów, które gorliwie notowałam. Można to było czytać na kilku poziomach, z tego co pamiętam, bo może dziś odczytałabym to wszystko inaczej.
W Cwaniarach tego nie ma.
Gdyby to był debiut, powiedziałabym, że jest niezły, chociażby dlatego, że książka nie jest bełkotliwym strumieniem zawierającym dialogi nieoddzielone od komentarza odautorskiego, wymieszane z tekstami piosenek i sentencjami, co jest tak natrętnie praktykowane w tak zwanej „polskiej powieści współczesnej”. Jest napisana normalnie.
Kto by pomyślał, że nadejdą „literackie” czasy, w których będę się cieszyć z braku udziwnień.
Chutnik jest bardzo sprawna językowo. To się czuje.
Przez pierwszych kilkadziesiąt stron powieści byłam bardzo zadowolona. Tyle że to zadowolenie topniało z każdą kolejną stroną, wraz ze znikaniem nadziei na głębszy sens, tego co czytałam, by na koniec powieści zostawić mnie z niczym. Wiem, że duże znaczenie mają tu oczekiwania. Spodziewałam się rewelacyjnej książki, stąd rozczarowanie.

Jeśli by wszystko w Cwaniarach czytać dosłownie, powstanie z tego przeciętna historia, choć przyznaję, w kilku momentach uznałam, że bardzo celnie i zgrabnie oddaje rzeczywistość.
Główne bohaterki walkę ze złem rozumieją jako (za przeproszeniem) napieprzanie ludzi, głównie facetów, którzy im podpadli lub mogliby podpaść. W walce się te dziewczyny zapominają, przez chwilę odrywają od własnego życia. Coś im to najwyraźniej daje, coś rekompensuje.
Pod koniec robi się z tego intryga na miarę dawnych książek Chmielewskiej, dość niedorzeczna, gdzie wszystko idealnie się układa – babcia biorąca kiedyś udział w powstaniu, dziś prowadzi ekipę kanałami, podziemną drogą ku zemście na złym deweloperze. Pomagający głównym bohaterkom panowie znają się na idealnej kompozycji naturalnych trucizn oraz takim doborze materiałów wybuchowych, by „wybuch był silny na tyle, aby zamienić budowlę w popiół, ale zbyt słaby by zniszczyć okoliczne domy”(Cytat z „Cwaniar„).
Nie upieram się, że historia musi być bliska realiom, ale niech się choć ociera o prawdopodobieństwo, tymczasem mam wrażenie, że więcej go znajduję u Chmielewskiej, gdzie paliwo do łodzi mierzy się pojemnością wanny i wykopuje się z lochu szydełkiem. Przepraszam bardzo, ale ja tego nie kupuję.
Niestety, nawet gdyby czytać ją metaforycznie, też nie bardzo się ta książka broni.
Może po prostu jestem na nią za stara?

Jeśli ktoś cierpi na nadmiar czasu i nie jest bardzo wymagający, będzie zadowolony. Na prezent też się ta książka sprawdzi – ładnie wydana, z ilustracjami Marty Zabłockiej, którą lubię. To na pewno nie jest źle napisane. Pewnie może służyć czyjejś rozrywce, poza tym pokazuje świat (także wewnętrzny) warszawskiego Mokotowa. Nie umiem ocenić na ile prawdziwy, ale dość specyficzny i przez to interesujący.
Mam jednak wrażenie, że autorka mogła czas spędzony nad tą powieścią, lepiej spożytkować. Ja mogłam na pewno.

,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *