Sprawdzam, co przeczytać warto, a co trzeba

SAM_3488Pod koniec zeszłego roku, zakładając, że chciałabym więcej książek czytać, niż kupować, postanowiłam: czytać klasykę, sprawdzić, jak pisze dwoje mniej klasycznych autorów, a na fali wydarzeń ostatnich miesięcy dodałam jeszcze jedną kategorię.

Co takiego przywlokłam do domu i dlaczego?

1. W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta
Jakichkolwiek rozmów z intelektualistami bym nie tknęła, wszędzie natykam się na Prousta.
Proust pojawia się w rozmowach Łopieńskiej:
– Paweł Hertz: Sięgam po Prousta, ale czytam go wyłącznie po francusku, nigdy w przekładzie Boya lub własnym
(Książki i ludzie. Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl 1998, s.17)
– Hanna Krall: W ogóle nie mam biblioteki. Mam trochę książek, i to nie najważniejszych. Ważne, te, które należy mieć, są w Toronto u Kasi, mojej córki. Wysłałam jej (…), ale już Prousta nie wysłałam, bo było mi szkoda. Zdaje się, że posłałam to, z czym mogłam się rozstać.
(Tamże, s.51)
– Gustaw Holoubek: Pamiętam okres nie tak wczesnej młodości, gdy byłem ciężko chory i przebywałem w sanatoriach (…) Wtedy nawiedził mnie Proust. (…)wlazł we mnie. Jego politura, ekscytacja każdym szczegółem rekwizytu, wiwisekcja duchowo-psychologiczna, wszystko to doprowadzało mnie do ekstazy.
(Tamże, s.132)
– Magdalena Tulli: Drażni mnie u Prousta to, że narrator za dużo wie.(…) I jeszcze rozwlekłość.
(Tamże, s.132)
– Andrzej Wajda: Nie mogę go przeczytać. Kiedyś przeczytałem tom pierwszy, a w zeszłym roku, na prośbę Krysi [Zachwatowicz – dopisek mój], która jest nie tylko fanatyczką Prousta, ale zna wszystko, co o nim napisano, przeczytałem ostatni.
– Krystyna Zachwatowicz: Ja go czytam w kółko. Mam fantastyczną, napisaną przez Anglika, biografię Prousta.
(Tamże, s.159)
– Anna Turowiczowa: Prousta przeczytałeś? Bo ja nie. Mnie on nie smakuje.
– Jerzy Turowicz: Nie całego, chyba jeden tom po polsku. Nie mam Prousta po francusku, gdybym miał, tobym przeczytał.
(Tamże, s.242)
Książki i ludzie to nie jest szczególnie gruba pozycja, a Proust pojawia się tam co najmniej sześć razy. I większość rozmówców się z nim liczy, nawet jeśli ustawia się w kontrze.
Proust pojawił się także w Przejęzyczeniu Zofii Zaleskiej, choć generalnie mało tam literatury francuskiej.
A gdy już przyniosłam z biblioteki cztery pierwsze tomy W poszukiwaniu straconego czasu, i zaczęłam czytać, odkryłam że w Magazynie Książki także będzie tekst o Prouście. Co prawda pisany przy okazji wydania pozycji Przeciwko Sainte-Beuve’owi, ale kończony przez Marka Bieńczyka opinią o konieczności dokonania nowego przekładu W poszukiwaniu straconego czasu.
Jest więc Proust pisarzem, którego wypada znać. Potem można sobie znielubić.

SAM_3489a2. Buddenbrookowie i Czarodziejska góra Tomasza Manna.
W zanadrzu mam jeszcze wiele innych klasycznych tytułów, ale zaczęłam od Buddenbrooków.
Czemu mnie tak naszło na klasykę? Bo wierzę, że to jakaś podstawa, która jest potrzebna do lepszego porozumiewania się i pełniejszego osadzenia w kulturze. Jak cudownie jest móc żartować czy stosować aluzje do lektur i bohaterów literackich. I jak bardzo jest to pozbawione sensu, gdy rozmówcy nie wiedzą do czego nawiązujesz…

Moja koleżanka ma teorię, że nasze dzieci, urodzone w czasach, gdy internet był już powszechny, kompletnie nie odnajdują się w klasycznej narracji. Preferują powieści z serii „zabili go i uciekł”, pełne zwrotów akcji, zagadek i humoru. Nie chcę w to wierzyć, ale gdy obserwuję lektury syna (który od zawsze czytał naprawdę sporo), muszę przyznać jej rację. To, że nie wchodzi mu Sienkiewicz, przeboleję. Moja krew, mamusi też nie wchodził. Ale że synkowi Fredro brzydko pachnie, to już mniej zabawne. Kilka dni temu próbowałam przekonać latorośl, że po przygodach Magnusa Chase’a spokojnie może przeczytać Trzech muszkieterów. Po klasycznym marudzeniu, ze nuda, stanęło na tym, że poczytamy razem na głos po kilka stron dziennie, a gdy po setnej dojdzie do wniosku, że to nudy, damy sobie spokój. Oby to się rozkręciło szybciej, bo czytałam dawno i nie pamiętam.

3. Obłęd Jerzego Krzysztonia
Kasia Sawicka jest największą znaną mi wielbicielką tego autora. Do lektury Obłędu przymierzałam się od dawna, ale że temat ciężki, czekałam na lepszy czas. Lepszy czas nie nadszedł, za oknem szarość, breja i wiatr, a i humor wisielczy, ale zaczęłam. Czytam.
Musiałam, po tym jak Dorota Sumińska w poprzednim numerze Książek, na pytanie: „Gdyby mogła pani wybierać z całej historii literatury, autorką której książki chciałaby pani być?”, odpowiedziała: „Nie powiem, że chciałabym napisać Obłęd, bo to książka o schizofrenii, ale ogromnie lubię Jerzego Krzysztonia”. A ja panią Dorotę Sumińską i Kasię Sawicką, więc konkluzja jest oczywista.

SAM_3490a4. Magik Magdaleny Parys
Jeszcze dwa lata temu nie wiedziałam o istnieniu tej autorki, ale chwilę później rozpętała burzę i to jej się na pewno przysłużyło. Nagle wszędzie wokół widziałam wielbicieli Magdaleny Parys, którzy chwalili ją samą i to, jak pisze. Nie tak dawno była też na okładce Wysokich Obcasów Extra i udzieliła temu miesięcznikowi interesującego wywiadu, w którym m.in. krytykowała fakt, że w  polskiej telewizji nikt z tworzących ramówkę nie chce i nie potrzebuje programów o książkach. Potem jeszcze doczytałam, że to autorka nagradzana i zapragnęłam sprawdzić, jak pisze.
Zaczynam od Magika.
A w czerwcu podobno wychodzi kolejna powieść Magdaleny Parys.

SAM_3491a5. Cała sterta książek o nietolerancji i o tym, do czego ona prowadzi.
Od jakiegoś czasu, zapewne od kiedy w polskim sejmie zasiadła reprezentacyjna grupa nacjonalistów, czuję że w Polsce jest większe przyzwolenie dla niebezpiecznych poglądów. Nagle ludzie mają odwagę głośno wypowiadać kwestie, które przyprawiają mnie o gęsią skórkę – bo wiem jak to się już raz skończyło.
Dlatego uważam, że trzeba czytać i mówić o książkach dotykających zagadnień nietolerancji, nacjonalizmu, faszyzmu. Być może niektórzy ludzie nie do końca rozumieją jeszcze jaką moc ma mowa nienawiści.
Jak w doskonałej książce Marcina Kąckiego: Grażyna stoi na przystanku, widzi nalepkę „White Power” (…)Podchodzi, próbuje zerwać, ale trzyma mocno, zdrapuje paznokciami, wściekle. Czuje na sobie zdziwiony wzrok ludzi, ale drapie, póki po nalepce nie zostanie tylko klej. Ma pretensje do siebie, że tyle lat wisiały swastyki, nalepki, a dopiero teraz, gdy jej dzieci uciekły, dotarła do niej ich siła*.

* Marcin Kącki, Białystok. Biała siła, czarna pamięć, Wydawnictwo Czarne 2015, s.174

18 comments on “Sprawdzam, co przeczytać warto, a co trzeba
  1. No ciężkie tematy wzięłaś na tapet. Prousta wciąż próbuję i nie mogę zasmakować… wiem, że w końcu go zjem, ale na razie myślę Proust – mam ochotę na magdalenki. Ale nie mam tych foremek… :P

    Mann. Budenbrookowie, przeczytanie – smutna, ale naprawdę niezła, natomiast „Czarodziejską górę” wzięłam do pociągu, ja zajechałam tam i nazad a ten nie wjechał na tę górę… też zrobię kolejne podejście…

    U mnie też klasycznie, wzięłam się za powtórkę „Północ południe” Gaskell i tak miałam Ci pisać, że by Ci się spodobało, bo klasyka, bo Anglia, ale i problemy społeczne :)

    • Mnie ten Proust bardzo wolno idzie. Przyjemnie się czyta, powoli smakuję, ale trwa to i trwa. Będę musiała w bibliotece przedłużać w nieskończoność.

      Buddenbrooków przeczytałam i podobali mi się. A potem wszyscy zaczęli mnie straszyć, że Czarodziejska góra to nudy :)

      Od dawna myślę o Miasteczku Middlemarch. Może kiedyś sięgnę i i Gaskell.

      • To pewnie Mann Cię zachwyci, bo ja słyszałam, że o taka ta góra cudowna, ble ble ble oczekiwałam fajerwerków a tu spałam na tej książce, ale kiedyś!! Na pewno. Prousta mam swojego, co wprawia moją Rodzinę w stan niemalże eudajmoniji ;) bo przecież tak fajnie jak grozi nam to że fundamenty nie wytrzymają.

  2. Proust podobnie jak Joyce to moje lektury na stare lata – planuję zaczytać się bez reszty, jak będę spędzać zimę mojego życia na Florydzie :D
    Ale… przybijam piątkę z Buddenbrookami – w tym roku planuję się zaczytać bez reszty, a w przyszłym sięgnąć po „Czarodziejską Górę”. I ogromnie polecam „Magika” – to nie jest taki kryminał „bla, bla, akcja, koniec akcji”, tylko kawał świetnej opowieści.
    Pozdrowienia! :)

    • Patrząc na to, co się dzieje, to nasze pokolenie już nie będzie mieć spokojnych emerytur. Zakładam, że będę pracować do śmierci, więc już teraz tego Prousta wyjęłam :)
      Dobrze napisane kryminały uwielbiam i są to lektury, które nigdy mi się nie nudzą. Liczę, że Magik mnie nie zawiedzie.

      • To też racja, ale Proust na Florydzie i tak brzmi dobrze, nawet pracując do śmierci :D
        Mam nadzieję, że Ci się „Magik” spodoba – będę podglądać na FB i wyczekiwać wrażeń :)

  3. Proust u nas w domu był, bo mama pisała z niego prace magisterską, ale ja przeczytałam zaledwie kilkadziesiąt stron. Co jakiś czas o nim myślę, żeby znów poczytać, bo przecież jestem już te 20 lat starsza i może jakoś bardziej mi podejdzie. Natomiast gdyby Cie zmęczyły jego książki polecam „Pan Proust” Celeste Albaret. To opowieść jego gospodyni o jego życiu. Bardzo dobrze się to czytało i niewykluczone, że jest to jakaś droga do zrozumienia książek Prousta.

    Co do tego, co dzieci dziś czytają, to podobna tendencje widzę po mojej córce, która już się dorobiła okularów bo tyle czyta, ale najchętniej fantasy, z szybką akcją i ewentualnie żeby coś było o miłości :) Anie z Zielonego Wzgórza w końcu puściłam jej do wysłuchania, a Władcę Pierścieni ja jej czytałam. Pocieszam się jednak, że to się zmienia. Moja córka ma dopiero 10 lat i złapała bakcyla czytania. Wierze, ze z czasem będzie poszukiwać ambitniejszych i bardziej wymagających rzeczy :)

    • Zobaczę. Najwyżej sobie tego Prousta będę dawkować. Ale „Pana Prousta” sprawdzę!

      Teraz sobie przypomniałam, że zdarzały się wyjątki i syn czytał na przykład Hobbita czy książki Verne’a. No ale to jednak wyjątki. I też nie powieści obyczajowe w starym stylu :)

  4. To nie Ty ale Twoi rozmówcy powinni zacząć się martwić o siebie gdy nie rozumieją aluzji do lektur :-). Usiłują dziecku zaszczepić zainteresowanie książkami/klasyką dla dzieci, na której sam się wychowałem ale widzę, że w części przypadków albo rzeczywiście te książki są już tylko ramotkami albo jeszcze na nie za wcześnie. Sam przymierzam się do powrotu do „Trzech muszkieterów” (aczkolwiek w nowej odsłonie) i wcale nie mam pewności czy dobrze robię.

    • Ale takie niezrozumienie często sprawia, że człowiek czuje się po prostu samotny. No bo jak to tak, nie móc z nikim pożartować? Powiedzieć, że któregoś dnia znajdziemy kolegę uduszonego paskiem od damskiego fartucha i odkryć, że nikt nie czytał Chmielewskiej? To nie jest fajne! :)
      No właśnie też nie wiem jak z tymi powrotami do książek jest. Boję się, że niektóre trzeba czytać w młodości i po latach nie smakują już tak samo. Przez co boję się wrócić do „Gry w klasy” i „Lotu nad kukułczym gniazdem”, które wałkowałam w czasach liceum.

  5. Ja właśnie kompletuję Prousta i poczeka sobie grzecznie na lepsze czasy, czyli moment kiedy przebiję się przez inne pozycje, które pojawiły się na mojej półce (i nie straszą gabarytem). Spotkałam się w literaturze z kilkoma odniesieniami do Prousta, na ogół bohaterowie czytali lub cytowali „W poszukiwaniu straconego czasu”. Do „Czarodziejskiej Góry” miałam już jedno podejście. Chyba za smarkata byłam, żeby to ogarnąć, wszystko przede mną.

    Przyznam się, że jako dziecko przejawiałam dokładnie taki sam stan jak Twój syn. Przy czym moja przygoda z czytaniem zaczęła się od tego, że nie lubiłam czytać. Dostałam do siostry Harrego Pottera, a potem poszło z górki. Głównie fantastyka, szybka akcja i.t.p., nad czym mocno ubolewał mój ojciec. Obecnie sięgam po różne pozycję, ale do fantastyki czasami wracam (całej Trylogii nie przeczytałam i żyję :D ). Klasykę zaczęłam rozumieć dopiero w liceum, miałam upierdliwego polonistę, który przed każdą omawianą lekturą robił zajęcia praktycznie z historii, żeby nas przygotować na jej odbiór.

    A teraz poszukam sobie, gdzie można zdobyć „Magika”.

    Pozdrawiam!

    • Teraz mi się przypomniało, że swego czasu chyba przynosiłam już Czarodziejską górę z biblioteki. Ale to było lata temu. I na pewno nie przeczytałam. Nie pamiętam czy w ogóle zaczęłam.

      Harry’ego Pottera bardzo lubię :)

  6. Bez przesady z tą samotnością – lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć :-) A że nie wszyscy czytali Chmielewską, cóż nie wszyscy czytali też Fleszarową-Muskat i nie wszyscy czytają też Grocholę, c’est la vie! :-) Do książek, które wymieniłaś akurat można powracać bez ryzyka, inna sprawa jest natomiast z książkami ewidentnie adresowanymi do młodego czytelnika. O ile jeszcze literatura dla dzieci, moim zdaniem, przetrwała, to najgorzej mają się książki dla młodzieży (młodszej i starszej). Pociesz się, że po lekturze „Trzech muszkieterów” Twój syn będzie wiedział skąd się wzięło powiedzenie „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” :-)

      • Niestety, musimy przyjąć, że Twoje serce jest może nie złamane ale jednak nadłamane, bo o ile mogę z Tobą porozmawiać o Nienackim to o Chmielewskiej już nie ale za to Beznadziejnie Zacofany w Lekturze wie o niej wszystko :-)

  7. Ja też zauważyłam przesunięcie granicy tego, co wolno/wypada powiedzieć publicznie. Właściwie może nawet nie tyle przesunięcie, co usunięcie tej granicy. Zastanawiam się, dokąd to wszystko zmierza… Również niejako na fali ostatnich wydarzeń postanowiłam zgłębić inny temat: opozycja w PRL, KOR, Solidarność itd.

    • Co gorsza, to czego powiedzieć kiedyś zwyczajnie by się wstydzili, teraz publikują pod nazwiskiem i formują własną twarzą…
      Czytajmy. Przynajmniej się w historii podciągniemy.

  8. Ja też do Prousta się przekonuję i planuję niedługo przeczytać, bo ostatnio w każdej współczesnej książce natykam się na nawiązanie do „W poszukiwaniu straconego czasu”. I teraz powiedziałam sobie dość! Przeczytam! No i leży na mnie i czeka. :)
    Do „Czarodziejskiej góry” miałam już jedno podejście – przeczytałam pierwszy tom, trochę mnie znudził i nie zrozumiałam o co tyle szumu z tą powieścią, a drugiego tomu nie mogłam nigdzie dostać, więc dałam sobie spokój na jakiś czas. „Buddenbrooków” przeczytam chętniej, bo widziałam bardzo przyjemną ekranizację.
    Mnie zupełnie ominęła w liceum czy na studiach latynoamerykańska gorączka (wtedy raczej Tolkien był na tapecie), więc z wyrzutem patrzy na mnie także Cortazar i Llosa, a nawet Marquez. A są jeszcze porzuceni przeze mnie rosyjscy klasycy – Tołstoj i Dostojewski, no i powrót do Hrabala oraz Haska, nowy przekład „Trzech muszkieterów”… Klasyka przyzywa!
    „Magik” jest już na mojej liście do przeczytania, oczywiście po kilku klasykach. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *