Ciekawość

Dobra, to zaczynam.
Od cytatu.
Wańkowicz w „Karface La Fontaine’a” cytuje Kischa : „najbardziej gwałtowna z moich cech – to ciekawość. gdy jadę tramwajem, póty się kręcę, nim nie stwierdzę, co czyta mój sąsiad. Kiedy posłyszę nieznajomy język, odprowadzam mówiących nim kilka bloków, starając się uchwycić, jaka to mowa. Zaglądam przechodząc w okna. Jeśli kogoś odwiedzam, przeczytam mu wszystkie nazwiska w adresarzu leżącym przy telefonie. Na starych cmentarzach poszukuję znajomych nazwisk. Przygodnie spotkanych zasypuję pytaniami najbardziej personalnymi. Męczę się nazwami ulic, starając się odkryć ich pochodzenie. I żaden napis mnie tak nie ciągnie, jak napis, że wejście jest wzbronione.

Przyjmując, że ciekawość (nie mylić ze wścibstwem) jest cechą ludzi inteligentnych, napiszcie mi proszę o sytuacjach jakie Was lub Waszych znajomych spotkały w związku z ciekawością i słowem pisanym.

***
Ja sobie na przykład przypomniałam coś takiego.
Pod koniec podstawówki trzymałam się z D, której bardzo podobał się jeden chłopak. Miał długie ciemne włosy, był w szkole średniej i mieszkał niedaleko. D bardzo chciała go poznać, więc zdobyła jego dokładny adres, wypytywała wszystkich, czy go znają, chcąc by ich sobie przedstawiono. W końcu straciła nadzieję. Któregoś dnia czytając wypożyczoną z biblioteki książkę, między kartkami znalazła list. W zaklejonej kopercie, zaadresowany jedynie imieniem i nazwiskiem – odbiorcą miał być właśnie jej wymarzony długowłosy.
D ciągnęła mnie siłą, bym z nią poszła. Poszłam. Czekałam pod blokiem. Zadzwoniła, oddała list długowłosemu, zamieniła z nim kilka słów. Nie pamiętam co było z tą znajomością dalej. Zastanawiam się też, kto zostawił ten list w książce. Czy była to kolejna zauroczona, której nie udało się zdobyć adresu? Jeśli liczyła, że biblioteka w małym mieście będzie dobrą skrzynką kontaktową, jak widać się nie zawiodła.
A jeśli napisała list, którego nigdy nie zamierzała wysyłać i przypadkowo zostawiła go w książce? Czy wyszła z tego historia miłosna, czy dramat? Nie wiem. Ale opowieść jest prawdziwa :)

———————————————————————————–

 

  • Nie bójcie się. Mogą być dziwne dialogi nad książką w pociągu, albo surrealistyczna sytuacja w księgarni. Albo osobiste schizy z gatunku tych, o których pisałam w notatce o kubku z owcą – byle związane z lekturą.
    No, śmiało.
    :)
    Kto pierwszy odważny?

    Odpowiedz

  • Wszyscy myślą :D
    A historii może być więcej niż jedna?

    Odpowiedz

  • jasne że może :)
    myślę że cisza to też kwestia tego, że wydaje się, że tydzień czasu to dużo. Cóż ja o jednym konkursie, w którym chciałam wziąć udział, ale było jeszcze tyyyle czasu, przypomniałam sobie dziś. Termin upływa jutro. Ała :)

     

  • A zresztą, konkurs konkursem, ale przypomniała mi się historia z czasów moich studiów. Jeszcze studiując, zaczęłam pracę w szkole językowej. Oddział wrocławskiej szkoły w mieście oddalonym o 64km. Praca popołudniami, powrót późnym wieczorem – około 22-23. Zawsze gdy jechałam tramwajem do domu, gapiłam się ludziom w okna. Szczególnie jedno ciekawiło mnie bardziej niż inne – ciężkie zasłony w kolorze czerwonego wina, ciemne, chyba bordowe, ściany, w oknie lampa z witrażowego szkła. Wieczorami lampa była zapalona, czasem widać było zaledwie przemykający cień, nigdy żadnej osoby. Układałam tysiące historii na temat ludzi, którzy mogą tam mieszkać – co wieczór historia była inna, jednak tą, która mi samej przypadła najbardziej do gustu była historia starszej pani, która w tym pokoju trzyma pamiątki po zmarłym przed laty mężu, a lampa pali się co wieczór jakby na pamiątkę. Mijałam te okna przez kilka miesięcy, aż pewnego dnia koleżanka poprosiła mnie, żebym podjechała z nią pod pewien adres. Jej mama była księgową i miała dostarczyć jakieś księgi dla swojej koleżanki, która akurat była na zwolnieniu. Jako, że mieszkałam niedaleko, poprosiła mnie o bycie przewodnikiem. Jakież było moje zdziwienie gdy stanęłyśmy pod tym właśnie blokiem, pod drzwiami, które jak przypuszczałam, miały prowadzić do pokoju o bordowych ścianach. Zostałyśmy wprowadzone zaledwie do korytarza, jednak przez otwarte drzwi widziałam TĘ lampę. Nie wytrzymałam, zapytałam. Dowiedziałam się jak blisko rzeczywistości było to co sobie wyobraziłam. Jednak pokój nie był zajmowany przez staruszkę, a przez parę staruszków – dziadków owej pani, dla której wiozłyśmy księgi. Co wieczór siadali przy tej lampie, każde ze swoja książką, tak już od kilkunastu lat.
    I od tamtej pory choruję na taka lampę. I często zastanawiam się czy Oni nadal razem czytają.

    Odpowiedz

  • jakie to piękne…
    :)

     

  • wiesz jak bardzo bałam się zapytać? a co jeśli by okazało się, że to po prostu pokój? :)

     

  • to nie mógł być po prostu pokój! :)

     

  • Mój mąż uwielbia i czeka na czwarty tom :))))

    Odpowiedz

  • czwarty, czyli „Nawałnica mieczy: Krew i złoto”? To może ten też by chciał? Nie ma jakiejś historii do opowiedzenia? ;)

     

  • Bez konkursu. Uwielbiam znajdować w bibliotecznych książkach różne różności, które ludzie w nich zostawiają. Pocztówka z Londynu sprzed ośmiu lat. Zaproszenie na ślub sprzed dwudziestu pięciu – zastanawiam się, co się z nimi stało, czy są szczęśliwi razem, czy się rozeszli, czy mają dzieci… Naszkicowane obrazki. Potwierdzenie zapłaty na nazwisko syna koleżanki z byłej pracy (charakterystyczne, rzadkie nazwisko i konkretne imię). Samoprzylepne karteczki z liczbami – zapewne wypisane strony do skserowania, ale jaki to byłby piękny pomysł na przestępcze porozumiewanie się: szyfr wkładany do konkretnych książek.

    Odpowiedz

  • A zdjęcia i pocztówki w antykwariatach? to jest dopiero historia. Czasem mam ochotę kupić zdjęcia obcych osób i wymyślić do nich opowieść. (to jest pomysł w sumie!)
    Przyznaję, że jeśli znajduję jakiekolwiek kartki w książkach ZAWSZE czytam. Kiedyś, jako gówniara, chciałam być niewidzialna, żeby słuchać co znajomi o mnie mówią (wydawało mi się, że jestem tak zajmującym tematem do rozmów), teraz czasem bym chciała po prostu móc poobserwować cudze życie jak dokumentalista. Niewidzialny ;))

     

  • Jeśli można się wtrącić tak bez konkursu, to mnie też pasjonują zguby w książkach! :) Piękne są absurdalne zestawienia zawartości liścików miłosnych z takim np. „Życiem bakterii”, w którym zostały znalezione… (efekty mojego zbieractwa tu: http://znalezioneniekradzione.blogspot.com/)

    baszkaron

     

  • A jedna taka inteligentna czytelniczka to by sie bardziej chciała dowiedzieć, komu należy duszę sprzedać, aby też Merlin chciał z propozycją wyjść :)

    Odpowiedz

  • No dobrze, prosze bardzo – nie wiem, czy ta historia jest super ciekawa – ale ja pamietam. Ciekawosc co bedzie sie dzialo dalej w ksiazce doprowadzila dramatycznie mowiac do cierpien i katusz trwajacych okolo pol roku. Podstawowka – pierwsza klasa – szkola ta sama, gdzie pracuje mama, pani nauczycielka fajna ale surowa, niezbyt ciepla. Mielismy przeczytac( w domu) leture. Pozyczylam ja od kolezanki, pamietam zolta okladke ale tytulu nie, nie wiem moze Oto jest Kasia??? Tak mi sie nudzilo na lekcji, taka bylam ciekawa o czym jest ta ksiazka, ze zaczelam ja czytac pod lawka. Pani zobaczyla, zabrala, zamknela w swoim biurku. Dramat!!! Myslam, ze ze mna porozmawia po lekacjach, ale nie! Balam sie ja poprosic o zwrot, balam sie powiedziec mamie, pamietam ten strach, co ja zrobie, nawet chcialam sie zakrasc do klasy i wyciagnac ja ukradkiem( d a nie t w ukradkiem???). Kolezanka caly czas mi przypominala o zwrocie, w koncu uzyla argumentu, ze jej mama porozmawia z moja. POdzialalo, poprosilam pania o zwrot, dostalam, oddalam. Wiecej u tej pani pod lawka nie czytalam. Uffff

    Odpowiedz

  • hehe, nieźle Ci to dało w kość, skoro tak dobrze pamiętasz :)
    swoją drogą, dziwna pani – zamiast się cieszyć, że inteligentne dziecko czyta i oddać po lekcji lekturę, to naraża na takie katorgi ;) A może czasy inne?

     

  • mnie to bardziej meczy dlaczego tak balam sie mamie powiedziec…
    przymilam sie, hehe – pierwsza czesc przeczytalam po ang i jestem ciekawa jak sie czyta po polsku..

     

  • Nie przepadam za konkursami wiec nie biore udzialu ale cos skrobne. Wczesniej kilka osob pisalo o rzeczach znajdowanych w ksiazkach i tak mi sie skojarzylo. Ludzie czasami zostawiaja w ksiazkach swoje sekrety, chca zeby ktos je przeczytal. Albo jakies rady, typu ‚glowa do gory’. Mnie samej raz zdarzylo sie znalezc takie banalne na pozor slowa ‚everything’s gonna be alright’, ale trafilo na taki moment w moim zyciu ze usmiechnelam sie i podnioslo mnie to na duchu.
    A tak w ogole jest super strona gdzie ludzie anonimowo dziela sie swoimi sekretami i wysylaja je poczta na wlasnorecznie zrobionych kartkach. Ja na te strone zagladam regularnie od co najmniej 3 lat. ‚Nowe’ sekrety sa publikowane zawsze w niedziele. Serio, polecam! adres: www.postsecret.com
    Marianna

    Odpowiedz

  • I ja poza konkursem, bo nie spelniam warunkow regulaminu.
    Bedac pacholeciem mialam ukladanke ‚made in japan’. ukladalam ja i rozkladalam godzinami. godzinami gapilam sie w zlozony obrazek zahipnotyzowana jak kobra. na obrazku budynek bez fasady, widok na wnetrza mieszkan zamieszkanych przez najrozniejsze zwierzeta, wszystko w komiksowej estetyce… u w i e l b i a l a m, glownie za zaspokojona ciekawosc ‚co kryje sie za sciana?’ ukladanke mam do dzis.
    wiele lat pozniej trapilo mnie i malzonka, ze nie mamy prawie zadnych wspolnych doswiadczen z dziecinstwa, bajki inne, ksiazki inne, filmy inne, muzyka moze ta sama, ale ja srednio do muzyki przywiazana… no klops! (nawet jedzenie inne :-). i pewnego dnia tesciowa wyjela najcenniejsza, najulubiensza ksiazke zachowana z dziecinstwa syneczkow. I co sie okazalo? ze ilustracje w ksiazce i moja ukladanka wyszly spod kreski tego samego autora (http://www.amazon.com/Richard-Scarrys-Best-Word-Unabridged/dp/B000J07UG8) Cos jednak mielismy wspolnego :-)

    Odpowiedz

  • jeśli chodzi o adres poza krajem to ten punkt można negocjować, jakby co ;)

     

  • … jest nadzieja, jest nadzieja… :-))) teraz pozostaje pozbyc sie konkurencji!

     

  • W jednej z moich ulubionych książek Marii Pruszkowskiej „Przyślę Panu list i klucz” (polecam jeżeli nie znacie) bohaterka, maniak czytania, tłumaczyła, dlaczego lubi wracać do tych samych książek. Dla niej bohaterowie z lektur byli jej bliscy jak przyjaciele w rzeczywistości naszej, a różnili się tylko tym, że w ich literackim życiu nic nowego się nie zdarzy. Jak ta bohaterka Pruszkowskiej, potrafię latami wracać do tych samych książek i spotykać się z moimi literackimi towarzyszami.

    Jestem uzależniona od czytania i dobrze mi z tym, chociaż nie raz płaciłam za to „frycowe”. W szkole, i podstawowej, i liceum namiętnie czytywałam na lekcjach książki, na nic się zdały upomnienia, zabieranie książek i wstawianie zgrabnych pał (najpierw z zachowania, a potem z przedmiotu, na którego lekcji oddawałam się zgubnej pasji) – prędzej, czy później (a raczej prędzej) kończyło się zanurkowaniem między strony i kompletną utratą połączenia z tzw. realnym światem.

    Gdy skończyłam osiemnaście lat, brat mamy, mój ulubiony wujek, chciał sprawić mi przyjemność i zafundować coś naprawdę ekstra. W domu się nie przelewało, więc moja mama zasugerowała dyskretnie, że duża już pannica jestem, to może jakieś eleganckie buty. Marzyły mi się wtedy (posiadaczce li tylko sportowych kamaszy wszelkiego rodzaju) takie prawdziwe, kobiece zgrabne czarne czółenka, na niewielkiej szpilce. Wujek wyzwanie przyjął i przy najbliższej sposobności udaliśmy się na łowy do miasta. Przepadliśmy na dobre kilka godzin, w domu już zaczęli się martwić, że po te buty pojechaliśmy do sąsiedniego województwa. Wreszcie wróciliśmy, wchodzimy, jestem strasznie podekscytowana, wujek ma minę wielce skruszoną, rodzina patrzy wyczekująco, a ja triumfalnie wyciągam z torby specjalne wydanie „Lisa Przechery” Goethego w tłumaczeniu Staffa z ilustracjami Wilhelma Kaulbacha. Zobaczyć wówczas minę rodziny – bezcenne!!!

    Od tego czasu minęło sporo lat, wujek już nie żyje, ale książka stoi na mojej półce i biorę ją od czasu do czasu do ręki myśląc, że był to wtedy jedyny właściwy wybór. Do dziś nie chodzę w eleganckich butach na obcasach, i jeśli muszę wybierać, to po podstawowych życiowych produktach i płatnościach, na pierwszym miejscu, niepodzielnie królują książki.

    PS Jestem fanką sagi Martina i mam wszystkie wydane tomy, więc moje książkowe wynurzenia, są raczej poza konkursem. Tom pierwszy – wydany w 2011, ma już tłumaczenie poprawione. Połknęłam „potwora” jednym chapnięciem :))))

 

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *