Checzka, żerdź, gliniane dostatki, szeroki gościniec, a w miednicy statki

IMG_6104aTyle się mówi o tym, że lektury szkolne są dla dzieci nieinteresujące, bo pisane w innych realiach, przestarzałym językiem i powinno się wszystkie wymienić na nowe, fajne i lekkie, żeby dzieci nie zniechęcać do czytania.
Cóż, ja moje od najmłodszych lat zniechęcam.

Dręczę strasznymi archaizmami, okładam nocą, co kryje skrzydłem kruczem i wichrem, co się ukoleba.
Biedne dziateczki układają się do snu, przygaszam światło i bach! Już pojawia się korowód, a w nim: starka, moiściewy, czarodziej, co warzy czary, za nim troje dźwierzy. Na końcu bieży alkierzyk.

Początki były trudne. Dwulatkowi, który wychowywał się w mieście, tłumaczyłam każdą sień i każde klepisko. Potem przestałam się ograniczać i sięgnęłam po Konopnicką, Porazińską i Szelburg-Zarembinę.

Dzieciaki to uwielbiają, a i ja się nieco gimnastykuję językowo, gdy bez przygotowania lecę wierszowaną frazą pełną zasadzek.
Owszem, tłumaczę te najistotniejsze dla fabuły słowa, wyjaśniam te, o które pytają i pozwalam im się osłuchać z resztą.

Nie pamiętam, by mi mama czytała, odkąd w zerówce zaczęłam czytać sama, ale wcześniej czytała mi sporo, także „Szkolne przygody Pimpusia Sadełko” i „Na jagody”.
Można się upierać, że to z powodu jakiegoś wrodzonego talentu do języka, ale sądzę że ilość usłyszanych i przeczytanych książek miała ogromny wpływ na to, że w latach szkolnych, od samego początku, rzadko musiałam sprawdzać znaczenie słów w słowniku. Słów z tych „archaicznych” lektur, przeciwko którym tyle osób się burzy*.
A jak się człowiek przyzwyczai do takiego języka, rozumie coraz więcej. To jak z dziełami filozoficznymi. Na początku mogą się wydawać bardzo zawiłe i niezrozumiałe, nim się człowiek nie wgryzie.
Gimnastyka intelektualna.

Dobrze, może rzeczywiście, dzięki temu mam nikomu niepotrzebną zdolność i powinniśmy w tym czasie raczej uczyć dzieci przedsiębiorczości… ale czy w taki deszczowy dzień, jest coś przyjemniejszego niż ciepły kąt, herbata z cytryną i zgrabna fraza?

*Ale Sienkiewicza usuńmy, dobra? Straszny grafoman.

——————————————————————————————

37 komentarzy:

  1. ja też tę „niepotrzebną zdolność” nie tylko posiadłam, ale i dziecięciu przekazałam, a radzi sobie dzielnie i przedsiębiorczo, dzięki czemu ma za co nowe książki nabywać :)) więc czytajmy dzieciom i sobie! Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń

  2. chciałam tylko dodać, że nie mówię, żeby nie wprowadzać nowych lektur, ale że nie wszystkie stare są złe. i fajnie żeby kilka „ukazujących rozwój języka” zostawić.

    OdpowiedzUsuń

  3. Miałem tak samo jak Ty, Porazińska, nie Porazińska, leciałem po kolei i to dało rezultaty:) Za to przypomina mi się fragment autobiografii Jeanette Winterson, wychowanej w robotniczym środowisku. Co niedziela, a pewnie i częściej, ludzie słuchali Biblii w wersji bodajże króla Jakuba, czyli mniej więcej z czasów naszego Wujka. Nasiąkali tą dawną angielszczyzną i potem dzieci w szkole nie miały np. problemów z Szekspirem, rozumienie samo im przychodziło. Ale znalazł się mądry, wprowadził czytanie Biblii we współczesnym przekładzie i skończyło się rozumienie Szekspira, przerwana została ciągłość językowa i kulturowa :(

    OdpowiedzUsuń

  4. dokładnie o to mi chodziło.
    dzięki, Bracie w „chorobie” ;))

    Usuń

  5. W chorobie? To chyba inni są chorzy, ci, co nie są w stanie zrozumieć polszczyzny w Sierotce Marysi, bo to taki archaik zamierzchły, niemal Bogurodzica :P

    Usuń

  6. no tak, ale nie mówmy tego głośno, bo nam wpieprzą :D

    Usuń

  7. Mogą nam na plecy skoczyć :P I pomyśleć, że ponieważ rozumiemy polszczyznę Konopnickiej, to chyba przysługuje nam tytuł erudyty :D

    Usuń

  8. no mi to dużo brakuje jednak :))

    Usuń

  9. Mnie również, ale na tle tych, co to nie wiedzą nic o Dytku na słomianych nogach, jawimy się nader erudycyjnie :D

    Usuń

  10. Czy to skrzydło krucze co kryje to jest z „Na jagody”? I w pobliżu jest bór sosnowy, srebrny klucz świtu i mały Janek? Jak mi się to uczepiło, czytałam i sama, i swojej córce, ale kiedy to było a fraza leci mi w głowie, pewności nie mam skąd, ale siedzi.

    OdpowiedzUsuń

  11. tak. na jagody :) sam początek

    Usuń

  12. Co prawda nie czytałam swojej córce tych starszych rzeczy, ale czytałam jej bardzo dużo i dużo z nią rozmawiałam normalnym językiem. A że mnie wychowano na lekturach tutaj przywołanych i im podobnych, to normalny język mam, jaki mam.
    To i dziecko przesiąkło.
    Z takiego kanonu przypominają mi się jeszcze „Plastusiowy pamiętnik” i „Pyza na polskich dróżkach”.
    I „Dzieci z Leszczynowej Górki”:)
    Bardzo mi się podoba ten tekst.
    I zgodzę się, że Sienkiewicz grafoman. Co nie zmienia faktu, że „Potop” bardzo lubię :)

    OdpowiedzUsuń

  13. nie znam „dzieci z leszczynowej górki!” muszę sprawdzić co to :)
    „Plastusiowy pamiętnik” planuję Młodej przeczytać, film jej się podobał. Ale najpierw chyba „Akademię Pana Kleksa” przeczytamy.

    Usuń

  14. Koniecznie zapoznaj siebie i młodzież z „Dziećmi z Leszczynowej Górki”! Mnie z tej lektury najbardziej utkwiło w pamięci dawanie dzieciom z okazji jakiegoś święta (nie pamiętam, jakiego – Dzień Dziecka może, bo wszyscy dostali to samo) prezentu – w kubeczku jajko i cukier na kogel-mogel. Wyobrażasz sobie współczesne dzieci, co pomyślałaby o takim „prezencie”?
    Dawno, dawno to czytałam, mam nadzieję, że nie konfabuluję i lektury mi się nie pomieszały:-)

    Usuń

  15. „Dzieci…” też Kownackiej. I był jeszcze „Wiatrak profesora Biedronki”, niejako kontynuacja.
    I taka bardzo lubiana przeze mnie, a teraz chyba zupełnie zapomniana pozycja „Dorota i jej towarzysze”. Trochę zalatywała indoktrynacją, ale była po prostu ładna i niegłupia.
    Z tym koglem-moglem, Hajduczek, to mnie zastrzeliłaś…kompletnie nie pamiętam. Co nie znaczy, że go tam nie było:)

    Usuń

  16. mam już któryś raz wrażenie, że jesteś taką ostoją tradycji, utartego zwyczaju i przeciwnikiem przemian ;)))

    (to nie jest żadna obelga. ja mam to w kuchni uparcie gotując dla gości bigosy ;)))

    OdpowiedzUsuń

  17. a widziałaś mój komentarz wyżej?
    „chciałam tylko dodać, że nie mówię, żeby nie wprowadzać nowych lektur, ale że nie wszystkie stare są złe. i fajnie żeby kilka ‚ukazujących rozwój języka’ zostawić.”

    lubię zmiany na lepsze.
    nie lubię zmian dla samych zmian.
    na przykład chcę żeby wróciło 8 klas podstawówki i 4 liceum.
    i żeby nie usuwano wszystkiego co stare, tylko dlatego że przyszło nowe, bo nowe nie zawsze jest lepsze. bardzo często nie.

    ale na przykład popieram prawo par homoseksualnych do adopcji dzieci, eutanazję, prawo kobiet do decydowania o własnym ciele, całkowity rozdział kościoła od państwa… więc chyba nie jestem aż taką konserwą ;)

    Usuń

  18. czy zmiany są na lepsze czy na gorsze oceniają Bóg i historia, a nie wspólcześni. dla współczesnych zmiany są zmiany. jedni patrzą na nie bardziej przychylnie, inni się buntują przed „witam” i „dedykuję” kultywując „gliniane dostatki”. sadzę, że współcześni Bogurodzicy język Mickiewicza uznaliby za ordynarnie płytki. Z kolei mickiewiczowskie „kutasy” chyba już nawet Ciebie nie wzruszają. Jak napisałam – to nie krytyka tylko moja impresja po kilku notkach. a bycie konserwatywnym w jednej dziedzinie nie oznacza zacofania w innych. Ja jestem np zajebiście konserwatywna w wychowaniu, kuchni, ukladach towarzyskich – np nie odpisuję na sms-y urodzinowe bo oczekuję telefonów. a te an FB lajkuję resztką sił zeby składającym przykro nie było. ale mam na temat osobistego focha bo TO NIE TAK ;) jak żona Sztaudyngera, która nie uznawała rozmów telefonicznych bo oczekiwała wizyt ;)))). W szeroko rozumianej kulturze i obyczajowości przyjmuję jednak ewolucję. W języku także. I rozumiem że dzieciaki nie chcą czytać. Tym bardziej Konopnickiej. Sama też bym nie chciała ;)

    (III klasa gimnazjum. Lektury – Kamienie na szaniec – sądzę że przeczyta bo pasjonuje go Czas honoru i te klimaty. Pamiętnik z Powstania Warszawskiego – szczerze wątpię. Białoszewski jest trudny nawet dla oczytanych. Pierwszy krok w chmurach – umieram z ciekawości bo Hłasko był moim guru jak byłam w jego wieku. Ale faktem jest to, że są to te same lektury co były 30 lat temu. A świat jednak poszedł do przodu. Nikt teraz nic nie pisze co mogłoby być lekturą?)

    Usuń

  19. …pamiętam jak takie archaizmy czytaliśmy na lekcjach polskiego w drugiej klasie i nauczyciel tłumaczył i wyjaśniał, to były lekcje…

    OdpowiedzUsuń

  20. Wydaje mi się, że z językiem literackim i archaizmami jest jak z dwujęzycznością – jeśli dziecko nasiąka tym od kolebki, to aż po grób będzie rozumiało te wszystkie literackie dziwności w sposób naturalny. Idąc tym tropem, postanowiłam póki co nie dzielić literatury na dziecięcą i dorosłą. Wszak klasyczne baśnie nie były tworzone specjalnie dla dzieci. I tak na przykład na spacerze po lesie recytuję dzieciom „Świteziankę”, a jako wieczorną modlitwę z córkami będę odmawiać Bogurodzicę (bo to moja najulubieńsza modlitwa i, moim zdaniem, najdoskonalsza). I oczywiście recytuję im mnóstwo dziecięcych wierszyków, rymowanek, wyliczanek itd., ale gdy czytam „Mistrza i Małgorzatę”, to na głos. I one chyba to kupują – ten staranny język, te czasem dziwne słowa. W każdym razie nie protestują :)

    OdpowiedzUsuń

  21. bardzo bardzo mi się podoba Twoje podejście.
    i lubię Bogurodzicę. także w wersji śpiewanej.
    (poza tym pieśni maryjne lubię wszystkie chyba. i znam dużo)

    Usuń

  22. Jak moje dziecię zaczyna jojczyć bez uzasadnienia (tzn ja nie wiem, dlaczego jojczy, a liczy sobie 2 miesiące z hakiem), to ja zaczynam pełnym głosem Bogurodzicę śpiewać:) Sąsiedzi w popłochu szukają nr najbliższego szpitala psychiatrycznego, mąż ze starszą córką pokładają się ze śmiechu, a malutka… cichnie;)

    Usuń

  23. O, o, o! Taki sam sposób na pierwsze tygodnie z drugą córką miałam! ;)

    Usuń

  24. a mój syn w wieku osiem lat jest analfabetą totalnym. jak z tym żyć?

    OdpowiedzUsuń

  25. ale co? liter nie zna?
    bo jeśli po prostu czytać nie lubi, to podobno można z tym żyć ;)
    a mam taką znajomą po historii sztuki, która mnóstwo czyta, a zaczęła dopiero w liceum jakoś. wcześniej nienawidziła.
    zawsze jest nadzieja :)

    Usuń

  26. Ja myślę, że po prostu musi trafić na coś, co mu się spodoba. Dla mojego syna to był „Hobbit” w 6 klasie, wcześniej czytanie lektur było mordęgą (o innych książkach nawet nie wspomnę). Potem łyknął Harry’ego Pottera, resztę Tolkiena, Sapkowskiego i teraz czyta już wszystko, nawet ostatnio „literaturę kobiecą”, którą podsunęła mu jego dziewczyna… Nie trać nadziei!

    Usuń

  27. problem wynika z nieumiejętności składania liter w słowo. Nauczyciele dają nadzieję, ale ja popadam w zwątpienie.

    Usuń

  28. on jeszcze młodziutki jest. wiem, że ciężko i cierpliwości trzeba wiele, ale nie trać nadziei. spójrz na niego. taki spryciarz miałby się nie nauczyć? ;)

    Usuń

  29. Jeśli mogę coś doradzić (coś, co pomogło w nauce czytania mojemu siostrzeńcowi i wielu innym dzieciom, które znam) – poszukaj w księgarni książki „Elementarz czytania sylabami” wydawnictwa Pasja. Świetna pomoc dla wszystkich opornych – sylaby są tam wyróżnione różnymi kolorami i to naprawdę działa!

    Usuń

  30. Kiedy patrzę na listę lektur mojego syna w klasach II-III, mam wrażenie że autorzy stoją w rozkroku, ale że dawno się nie rozciągali, to widok jest raczej żałosny. Bo niby jest plan i pomysł, ale dobór lektur sprzyja raczej infantylizacji niż czemukolwiek innemu. U nas w tym roku na liście dwie „stare” pozycje, w ubiegłym bodajże jedna. Większość starych nie spełnia jednak nie tyle kryterium języka, co grubości – książka stustronicowa to megawyzwanie, którego należy dzieciom oszczędzać.
    Z drugiej jednak strony, gdy patrzę na to co od kilkunastu dni dzieje się na zapleczu mojego blogu, tzn. na wstrząsający wzrost ilości wejść na stronę przez osoby szukające streszczeń lektur dla drugoklasistów, myślę sobie że nie jestem taka mądra, by zaradzić zjawisku durnowacenia społeczeństwa na własne życzenie. I nie chcę Cię martwić, ale Tobie też się chyba nie uda…

    OdpowiedzUsuń

  31. Moi licealni uczniowie przeważnie czytali tylko streszczenia streszczeń… Jeśli powieść liczyła ponad 200 stron, a porządne streszczenie i zarys problematyki – powiedzmy 15 stron, to streszczenie streszczenia zajmowało 1,5 strony. I to była dla uczniów baza do przygotowania np. prezentacji maturalnej. Uciekając przed szkolnym encyklopedyzmem, wpadamy w łapska analfabetyzmu…

    Usuń

  32. Oj, ile się czytało tych bajek, baśni i opowieści napisanych takim właśnie językiem :) Mimo, że nie rozumiałam wielu słów, czasem udawało mi się odgadnąć ich znaczenie z kontekstu. Albo i nie ;) W każdym razie sentyment do języka i czytania pozostał… Aż żal tych wszystkich książek, które wydaje się na nowo z „łatwiejszym do strawienia” przekładem. Jak choćby „Ania z Zielonego Wzgórza” – w nowej wersji już mi nie smakuje ;(
    Dzięki Twojemu postowi przypomniała mi się jedna z baśni czytanych w dzieciństwie: „Czerwony Żupan” K. Dobkiewiczowej. Znalazłam ją nawet tutaj w całości: http://szidikur.blogspot.ie/2013/05/czerwony-zupan-k-dobkiewiczowa.html

    Pozdrawiam serdecznie :)
    Marta z Zielonej Wyspy

    OdpowiedzUsuń

  33. A ja z sentymentem wciąż je czytam dziatkom (tym najmłodszym). Chwilami się zastanawiałam, czy warto, czy komuś jeszcze te archaizmy są potrzebne. Ale podbudowywał mnie młodzieży brak kłopotów z ojczystym, łatwiejsza nauka ortografii. Zaś Sienkiewicz mnie odstręczał krwawymi opisami – co kto komu skąd dokąd odrąbał, nakapał, co wypłynęło – makabra!

    OdpowiedzUsuń

  34. He, he, ostatnio padł pod moim adresem zarzut na jednym forum, ze sie (prawdopodobnie specjalnie) wywyzszam jezykowo tymi wszystkimi „azaliz”, „spolegliwy”, itd. Normalni ludzie takich słów nie używają, ba! nie znają nawet.
    Największy komplement jaki mógł mnie spotkać!

    OdpowiedzUsuń

  35. Istnieje jeszcze jedno zastosowanie literatury tego typu. Otóż Konopnicka ma tę niezaprzeczalną wartość, że dzięki frazie niebywale skutecznie usypia dziecięta w wieku niemowlęcym. Testowałam na własnym („Na jagody”, później „Sierotka Marysia”).
    A potem się dowiedziałam, że jedna z moich ówczesnych wykładowczyń uniwersyteckich posługiwała się „Bogurodzicą” przy karmieniu łyżeczką.
    Bogurodzica (łyżka) Dziewica (łyżka)
    Bogiem sławiena (łyżka) Maryja (łyżka)…
    Co prawda po jakimś czasie dziecku się znudziło, ale podobno u starszych znakomicie sprawdza się trzynastozgłoskowiec.

,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *