Bojowa pieśń tygrysicy. Amy Chua

IMG_2504aSięgnęłam po tę książkę nie po to, by czytać wielką literaturę i nie po to, by przejrzeć kolejny poradnik. Byłam zainteresowana opisem doświadczeń innej matki. Zapiskami „po fachu”.

Z podobnych powodów wchodzę na blogi o dzieciach. Często zaglądam na takie z ciekawości i rzadko wracam drugi raz.
Żebym wróciła, blog, pomijając takie oczywistości jak przejrzystość i język, musi być pisany przez kogoś, kto widzi świat podobnie do mnie (ta cudowna wspólnota doświadczeń), przez kogoś, kto jest w stanie mnie zainspirować (jest takim rodzicem, jakim sama chciałabym być, gdybym była mniej leniwa/bardziej zorganizowana/cokolwiek), lub kogoś, kto jest ode mnie tak różny, że za każdym razem sprawdzam, co nowego i dziwnego wymyślił.

Można uznać, że „Bojowa pieść tygrysicy” po trosze spełnia każde z tych kryteriów.

Publikacja książki z podtytułem „dlaczego chińskie matki są lepsze” wywołała prawdziwą burzę w Stanach Zjednoczonych. Pod artykułem Amy Chua, zawierającym tezy przedstawione w książce, opublikowanym w Wall Street Journall, zaroiło się od krytycznych komentarzy. Sama książka została okrzyknięta najbardziej kontrowersyjną książką roku 2011.

Czytałam to, dość szybko, bo czyta się nieźle i czułam się w jakiś sposób usprawiedliwiona – czymże bowiem są moje krzyki i nerwy, wobec palety zachowań opisanych w tej książce! Z drugiej strony, dziwiło mnie, że autorka, robiąc rzeczy ogólnie rzecz biorąc, odbiegające od pojęcia normy we współczesnym (zwłaszcza amerykańskim) wychowywaniu dzieci, mówi o tym głośno.

Chua przyznaje, że jej dzieci miały się skupiać na osiąganiu najlepszych (nie jak na ich możliwości, tylko realnie najlepszych) wyników w nauce na tle klasy i szkoły, oraz na ćwiczeniu gry na instrumentach, które wybrała dla nich ich matka. Wielogodzinnym ćwiczeniu, bez przerwy na wakacje, czy święta.
Nic więcej w ich życiu nie mogło się dziać, chyba że to „dzianie się” oznaczało szanse na złoty medal. Czyli żadnego nocowania u koleżanek, żadnych zabaw po szkole, kółek zainteresowań związanych ze sztuką czy teatrem. Praca, praca i praca od trzeciego bodajże roku życia. Do tego dochodziło wychowanie w Judaizmie (bo ojciec jest Żydem), mimo że nikt inny w rodzinie specjalnie religijny nie był i nauka mandaryńskiego, choć nawet ich matka, z pochodzenia Chinka, tym językiem płynnie nie władała.

Krzyki, nieustanne szantaże, porównywanie dzieci i ich dokonań, wymaganie bezwzględnego posłuszeństwa, wyzywanie dzieci i określenie córki mianem „śmiecia”, gdy nie chciała wykonać polecenia, a to wszystko bez cienia skruchy i z zaznaczeniem, że drugi raz postąpiłoby się tak samo.
Amy Chua swoją wersję macierzyństwa tłumaczy różnicami kulturowymi w podejściu do wychowania dzieci. Zaś określenie „chińska matka” ma być epitetem uniwersalnym, pasującym do rodziców z innych kręgów kulturowych, podzielających poglądy na rodzicielstwo prezentowane przez autorkę książki.

Chua mówi, że takie podejście nie wynika z braku miłości do dzieci. Wynika z ogromnej miłości i wiary w siłę dziecięcej psychiki.
Podobno zachodni styl wychowania i chwalenie dzieci za najdrobniejsze sukcesy sprawia, że w późniejszym życiu takie dzieci nie cenią ciężkiej pracy, nie są gotowe ponosić żadnych wyrzeczeń, za to często są skłonne do spoczywania na laurach i rezygnacji z podjętych zobowiązań, przy pierwszych niepowodzeniach.

Na swojej stronie internetowej autorka pisze o tym, że książkę napisała w chwili kryzysu, po kolejnej kłótni z młodszą córką, gdy zaczęła czuć, że ponosi porażkę. Bała się, że w przypadku młodszej z córek „chiński styl wychowania” powoduje utratę kontroli i rozsypywanie się relacji.
Wyjaśnia też, że wszystko, co miało zostać opublikowane, konsultowała i omawiała z mężem i córkami.
Wspomina też o tym, że została ostro oceniona przez niektórych czytelników książki. Że gdyby mogła wcisnąć magiczny guzik i dzięki temu wybrać dla swoich dzieci szczęście lub sukces w życiu, szczęście wybrałaby jako drugie – ale nie sądzi, by to było takie proste.
Chua uważa, że ten styl wychowania jest dla dzieci źródłem siły i wiary we własne możliwości. Powołuje się przy tym na to, jak sama była wychowywana. Mówi, że dostała od rodziców, dwie najlepsze na świecie rzeczy – miłość i wysokie wymagania.
Wzywa też do czerpania mądrości i wzorców z odmiennych sposobów wychowania. Nawołuje do uczenia się od siebie nawzajem pomimo różnic kulturowych.
Odnoszę jednak, poparte lekturą, wrażenie, że sama autorka nie ma ochoty czerpać z zachodnich wzorców rodzicielstwa, przekonana o tym, że droga którą wybrała, jest najlepsza.

Można sporo Amy Chua zarzucić, ale w tej książce przejrzałam się jak w lustrze.
Zazdroszczę jej tej pewności. Pewności, która tłumaczy i usprawiedliwia wszystko.
Jakże wygodnie by mi było, gdybym mogła wszystkie swoje zachowania podpiąć do „działania dla dobra dzieci”. Tymczasem wkurzam się na siebie za to, że się wydzieram. Po piątym powtarzaniu tego samego, zaczynam krzyczeć. I nie uważam, że to dobre. Wyrzucam sobie, że powinnam to załatwiać inaczej, tylko nie mam tyle sił i cierpliwości. Nade wszystko nienawidzę nikomu niczego narzucać.
Gdy dzieci były młodsze, czasem marzyłam o tym, by reagowały na moje polecenia w sekundę, bez szemrania, by gdy matka mówi, żeby skakały, pytały tylko „jak wysoko?”. Równocześnie wiedziałam, że z takim posłuszeństwem jest jak z kształtowaniem żołnierza*.

W wojsku najpierw wymagają, drą gębę, tresują… aż do kompletnego wyczerpania, złamania (gdy dorośli faceci płaczą jak dzieci), by następnie ukształtować to, co z tego rekruta zostało, według własnego zapotrzebowania i pomysłu. I to jest skuteczne.
Tylko czy sama będąc od początku człowiekiem bardzo niepokornym, szanowałabym takich ludzi?

Równocześnie zgadzam się z tym, że dzieci nie powinno się chwalić za każdą pierdołę. Że trzeba motywować, wymagać, popychać do przodu, pobudzać do działania.
Wiara we własne siły bierze się nie tylko z miłości i akceptacji rodziców. Ma swoje źródła w poczuciu kompetencji.
To trochę jak z psem. Jeśli chcesz, by był łagodniejszy – agresja często wynika ze strachu i niepewności – powinieneś nauczyć go kilku rzeczy. Pies będąc świadomym, że coś umie, że pan go uczy i jest z tej nauki zadowolony, będzie bardziej pewny siebie i może dzięki temu mniej agresywny. Problem w tym, że nawet do tresury psa nie miałam potrzebnej konsekwencji i cierpliwości.
Jestem miękka i wiecznie się przejmuję cudzą wrażliwością, pamiętając jak dotykało mnie wszystko, gdy byłam mała.
Próbuję te dzieci motywować, tłumaczyć im dlaczego warto coś robić, premiować wysiłek. Mówię, że mogą osiągnąć większość z tego, co sobie wymyślą, ale to wymaga pracy i wyrzeczeń.
Pracuję też nad sobą, bo przykład idzie z góry. Nikt mnie nie nauczył systematyczności i podejmowania wyzwań. Nie wyniosłam z domu cienia pewności siebie. Wszystkiego musiałam się nauczyć sama. Wiem jakie to trudne, więc pracuję z dziećmi.
Teoretycznie takie podejście i traktowanie dziesięciolatka jak kogoś, kto jest w stanie takie rzeczy zrozumieć, powinno działać. Tyle, że nie działa.
Widzę tendencję chodzenia na łatwiznę. Robienia samych wygodnych rzeczy, lenistwa i jęczenia o wszystko. Już nawet napisałam i przykleiłam na drzwiach najważniejszą zasadę domu : NIE JĘCZ I NIE NARZEKAJ!
I, szczerze mówiąc, coraz częściej żałuję, że nie mam w domu bezwzględnie posłusznych żołnierzy. Może nie siwiałabym tak na potęgę i nie sprawdzała po nocach, czy istnieją w kraju świeckie podstawówki z internatem. Bo nie istnieją.

p.s. Nie każdy czyta komentarze, a przypomniała mi się scenka rodzajowa i napisałam tak:
„byłam przerażona, gdy czytałam tę książkę. I średnio trafia do mnie to, że autorka tak zgrabnie się tłumaczy.
Wiesz, kiedyś byłam na placu zabaw z Młodym, Małej jeszcze nie było na świecie. I przyszła na plac w drodze skądś (może z kościoła, bo to było niedzielne przedpołudnie, a oni wszyscy elegancko ubrani) rodzina z trójką dzieci. Przed wejściem na plac ojciec im powiedział „3 zjazdy na zjeżdżalni i idziemy”. I te dzieci po kolei jak rekruci zjechały po 3 razy, a potem stanęły przy wyjściu z placu zabaw. OSŁUPIAŁAM.
Czasem, w chwilach gdy jedno jęczało, a drugie wyło, albo teraz gdy zwracam uwagę by się nie kłócili, a i tak jest ciągle wrzask, marzy mi się, by były jak tamte dzieci. Ale szybko mi przechodzi. Dzieciak powinien być trochę przekorny i testować granice. Takie ślepe posłuszeństwo jest niepokojące.

(haha, to było ładnych parę lat temu, a Pit po przeczytaniu tego stwierdził, że pamięta tę rodzinę. Nieźle musiało nas to posłuszeństwo zszokować :D)

,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *