Bloger. Tomek Tomczyk. Poradnik

Zaczęło się od wzmianki na facebooku, którą zamieścił MaciejBudzich. Jako że Budzicha obserwuję od jakiegoś czasu i wydaje mi się wiarygodny, stwierdziłam że może…

Na fb wywiązała się dyskusja:
ja: No i teraz przez Budzicha zaczęłam się zastanawiać czy nie przeczytać książki Kominka. Świat się kończy, mówię Wam.
Edward: przy kominku
Agi: Ale ty tak serio? O_o
Sithian: Masz za dużo wolnego czasu?
ja: no wiecie, tam może być „historia mojego sukcesu” czy jakos tak. a ja lubię, nawet opowieść tego typu autorstwa Marthy Stewart czytałam :D
Sithian: Obawiam się, że srogo się zawiedziesz.
Chuda: Kominek wydał ksiązkę?! Nic nie wiem!
ja: Sithian, a co? wiesz coś? kupiłeś? podziel się wiedzą :)))
ja: Chuda, o, Kochana, opóźniona jesteś :)
Chuda: Już nadrobiłam, już wiem: „Must have dla każdego szanującego się obywatela!” (cytat z recenzji).
ja: ale ja serio mówię, że się zastanawiam czy nie sprawdzić jak się czyta. Nie kupiło któreś z Was? Przyznać się :)
Chuda: Gdyby darmo dawali, to bym zajrzała, ale mam trochę napięty budżet :-)
Sithian: Znam Kominka od ponad dekady, z całą pewnością nie kupię. Zaś recenzje wewnątrz polskiego blograjdołka nie mają żadnej wartości., więc prędzej kierowałbym się w Warszawie planem Moskwy, niż wierzył w zapewnienia z tych recenzji.
ja: Trochę się tego obawiam, że ręka rękę myje. Sama się zastanawiałam czy powiedzieć, że po tym jak przeczytałam kilka fragmentów, książka jednej blogerki wydaje mi się dość koszmarna (Chuda, to nie o Tobie :))) i postanowiłam taktownie przemilczeć – póki co. A to wcale nie jest jakaś dobrze mi znana osoba. Zjadę jak przeczytam całość najwyżej hehe. Nie wyobrażam sobie jednak, że miałabym coś takiego chwalić. Tylko że może się okazać, że jestem dziwna i inni ludzie nie mają takich oporów. 
Sithian: Bardzo wielu nie ma oporów, bo przecież dziś ja jemu, jutro on mi. Zleconko, rekomendacja, kontakt, udział w kampanii reklamowej, szkolenie etc. To, że większość z tych działań jest gówno wartych, to nie jest istotne. Agencja wykaże się przed klientem, klient się wykaże przed zarządem, zarząd przed akcjonariuszami. I jakoś się kręci.
ja:  i tu pojawia się pytanie, czy to aby ja w tym układzie nie jestem jeleniem – bo w sumie co by szkodziło? a mi kurde zawsze szkodzi i nie umiem wbrew sobie. kark mi się ciężko zgina ;)
Sithian:Dlatego nie kupię, bo nie mam zamiaru być jeleniem. Jeśli moja biblioteka się sfrajerzy i kupi, to może przeczytam. Ale tak zupełnie szczerze to nie wierzę w to, że dowiem się tam czegoś nowego. Owszem, Kominek może opisać swoją historię, ale korzystanie z jego porad → wzorowanie się na nim uznałbym za bezsensowne. Każdy sobie musi wyrąbać własną ścieżkę, a jedyną uniwersalną poradą jest „pracuj ciężej”. Oczywiście nie dotyczy ona tych, którzy lubią smarować się wazeliną i gładko wchodzić innym w zad, licząc na ochłapy z pańskiego stołu. Takich osób trochę jest, niektóre na tych ochłapach nawet się nieźle upasły. Ale nie nazwałbym ich nigdy ludźmi sukcesu.
Chuda: Elzbieta, moja podobno nie jest najgorsza, ale wiem to głównie z recenzji, którym – jak wiadomo – nie do końca można wierzyć :-)    
ja: Sithian, żeby było jasne, nie potrzebuję ściągi z drogi kominka – po prostu jestem ciekawskie jajo. Lubię czytać i słuchać o tym jak się ludziom udało coś zrealizować. Nie bez powodu od ponad dekady ciągle wracam do „Martina Edena”, oczywiście udając, że końcówka jest nieco inna ;)
Sithian: A to Ci to mogę streścić tę drogę w paru linijkach: Plan → wytrwała realizacja Planu → wprowadzanie niezbędnych poprawek do Planu → wytrwała realizacja Planu → testowanie nowych rozwiązań technicznych → wprowadzanie niezbędnych poprawek i aktualizacji do Planu → wytrwała realizacja Planu.
ja: oj spadaj :D ja chcę tak z otoczką. jasne ze mechanizm zawsze podobny, ale ja chcę OPOWIEŚCI :) wiesz… można czytać, że ktoś realizował plan, mimo przeciwności, albo czytać jak ten M.Eden prał nocami bieliznę, głodował, walczył…wiesz krew pot i łzy. Tak, lubiłam nawet „Rocky’ego” – te fragmenty gdzie trenował. Chyba potrzebuję tego, do działania – świadomości, że niektórym zapieprz się opłaca.
Maciej Budzich: Elzbieta, jak ci się nie spodoba i uznasz że przegiąłem w rekomendacji to oddam ci kasę… a potem pójdę do kominka, żeby mnie zabrał do usa, wiadomo przecież że mamy układ…

Miałam poczekać do wypłaty, bo ledwo zipiemy przez wydatki związane ze szkołą, ale wczoraj miałam jakiś niespokojny wieczór. Męczyły mnie myśli, których nie chciałam analizować, stwierdziłam więc, że sobie coś przeczytam. Niestety był to wieczór z serii „mam pełną szafę ubrań i nie mam co na siebie włożyć”, tyle że chodzi kolejno o: półki, książki i czytanie.
Chciałam się czymś zająć i nieco poprawić sobie nastrój, tymczasem z półek wzywało mnie getto warszawskie i smutne biografie. Co lepiej poprawi mi humor niż stwierdzenie, że umiałabym napisać lepszą książkę niż Kominek? Pożaliłam się mężowi (matko, nadal mnie zadziwia, że mam męża. ciekawe kiedy się przyzwyczaję, skoro jeszcze nie było rocznicy, a posiadanie dzieci zadziwia mnie dziesiąty rok), że jestem taka biedna i mam na koncie 14,99 PLN a chciałabym coś przeczytać.
No i kupiliśmy „Blogera” Tomka Tomczyka w PDF-ie.
Jest taka książka „Oszukać radar” napisana przez Jonathana Bonda i Richarda Kirshenbauma – bardzo dobrze napisana, trzeba dodać. Kirshenabum pojawia się w „Najlepiej sprzedanym filmie”, dokumencie o marketingu, nakręconym przez Morgana Spurlocka.
To książka o reklamie i konsumentach, choć klienci księgarni, w której pracowałam, wiecznie pytali, czy to poradnik o tym jak jeździć za szybko i nie dać się złapać. Serio sądzili, że ktoś pisałby taką książkę i naprawdę chcieliby taką kupić? Ludzie nie przestaną mnie zadziwiać.
W „Oszukać radar” jest między innymi opis kampanii jaką autorzy zrobili dla The New York Post, nowojorskiego brukowca. Pozwolę sobie zacytować (str. 27 Oszukać radar. WIG-Press, Warszawa 2001): „Kampania przyznawała otwarcie, że każdy człowiek czytający gazetę zdaje sobie sprawę z jej szmatławego charakteru – a mimo to uwielbia ją. Prowadząc badanie rynku, przekonaliśmy się, że niektórzy czytelnicy Posta tak bardzo nie chcą przyznać się do lektury tej gazety, iż czasem chowają ją w środku New York Timesa. Nie istniała pozytywna reputacja tej gazety, ponieważ nikt nie chciał się przyznać do czytania jej”.
W jakiś sposób kojarzy mi się to z Kominkiem. Zaczynał od wulgarnych tekstów o dupach, czym zdobył sobie wielką rzeszę czytelników, o, nazwijmy to, dość dyskusyjnym poziomie.
Później ewoluował, ale ilekroć wchodziłam na jego bloga (dowiedziałam się o istnieniu Kominka dopiero przy kampanii Burger Kinga), a wchodziłam raz na dwa-trzy miesiące, zwykle trafiałam na jakiś tabloidowy tytuł i uproszczone podejście do tematu – komentowałam tu kiedyś jego posta o hienach dziennikarskich – albo jakieś seksistowskie kawałki. No wstyd się było przyznać, że się tam zagląda. Od czasu do czasu jednak zaglądałam, starając się zrozumieć popularność Kominka. Ile osób zaglądało dużo częściej niż raz na dwa miesiące, obserwowało i czytało, zachowując się jak przeciętny czytelnik The New York Post, wspomniany wyżej? Ilu robi to nadal? Przyznać się ;)
Niedawno jednak zaczęłam badać dokładniej, ze względu na moje zainteresowanie opowieściami o ludziach, którzy konsekwentnie robiąc swoje, osiągają niezłe wyniki i jak pisałam kilka notek niżej, wyszło mi, że różne rzeczy można Kominkowi zarzucić, ale facet wie co robi i jest dobrym rzemieślnikiem. Powoli też kiełkowała mi w głowie myśl, że duża część z cech, które mnie od niego odrzucają, to kreacja.
Wczoraj wieczorem kupiłam kominkowy poradnik dla blogerów i … skończyłam go czytać o czwartej nad ranem, mimo że nienawidzę czytać PDF-ów.
Można się przypieprzyć do korekty o kilka literówek, można marudzić, że Tomczykowi zdarza się dwukrotnie cytować te same fragmenty własnych tekstów, ale tak naprawdę nie ma się do czego przyczepić.
To nie jest wielka literatura. To nie „Anna Karenina” i może dobrze, bo u Tołstoja po pierwszym tomie błagałam już, by się główna bohaterka szybciej zabiła, nie mogąc znieść jej dylematów.
To poradnik i jako poradnik jest bardzo dobre. Mówię to jako bloger i jako ktoś, kto czyta książki o praktycznej stronie marketingu i reklamy, opowieści o markach, budowaniu firm i sukcesach przedsiębiorców. Takie mam od dłuższego czasu zboczenie i w końcu wychodzę z tym z szafy.
Kurczę, muszę napisać, że widać w tym sensownego, myślącego faceta (co oczywiście może też być kreacją stworzoną przez ghostwritera ;)), co burzy wszystkie moje wyobrażenia o Tomczyku. No i jest to kawał niezłej roboty.
Początkujący bloger znajdzie tam sensowne porady, podparte konkretnymi przykładami, studiami przypadku, wypowiedziami innych popularnych blogerów.
Wiele przemyśleń Kominka potwierdza to, do czego sama doszłam po latach pisania w sieci. Jest to całkiem zgrabnie zebrane w całość, trzyma się kupy i nie nudzi.
No co mam Wam powiedzieć? Dobrze się to czyta po prostu.
I przyznaję, że kupił mnie stwierdzeniem, że Martin Eden zmienił jego życie, bo moje w jakimś stopniu też, o czym wspominałam już na blogu nie raz.
To było dobrze wydane 19 złotych. Macieju, zasmucę Cię, nie pojedziesz z Kominkiem do USA.
Nie żałuję.
Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *