Big Book Festival 2016. Sobota

bigbookf

Big Book Festival śledzę od początku, bardzo kibicuję twórczyniom i uważam, że to skandal, że nie dostały w tym roku dofinansowania od państwa na swoją działalność. Mają ciekawe pomysły, świetnych gości, piękną oprawę graficzną całości i odwalają kawał dobrej roboty, jeśli chodzi o popularyzację czytelnictwa.

Nie należę do osób, które biegają po autografy, nie widzę w tym sensu. Nie jestem kolekcjonerką, nie dożyję czasów, gdy podpis, który potencjalnie mogłabym zdobyć, nabierze ogromnej wartości, a tłum i hałas to zjawiska, od których staram się trzymać z daleka. Nawet jeśli bardzo cenię autora, nie wiem co miałabym mu powiedzieć i jakie to niby miałoby mieć dla niego znaczenie. Od czasu do czasu jednak lubię pójść na spotkanie autorskie, zwłaszcza jeśli znam i lubię autorów.

ZWYCZAJNE SZALEŃSTWO
Tym razem wybrałam spotkanie z Jackiem Dehnelem i Zośką Papużanką przyzwoicie prowadzone przez Tomasza Stawiszyńskiego.
Dehnel należy do nielicznego grona naprawdę kulturalnych osób, które umieją odpowiedzieć interesująco na najgłupsze nawet pytanie z tłumu i to tak, że pytający ani przez chwilę nie odczuje dyskomfortu. Pisarz wiedział po co został zaproszony, mówił rzeczy zajmujące, był przygotowany, zabawny i na każdym kroku pokazywał klasę.
papuzankaZośka Papużanka zaś wypadała chwilami dość niezręcznie, odpowiadając na niektóre pytania, w moim odczuciu, w obcesowy sposób. Jeśli ktoś cię zaprasza na rozmowę i wiadomo, że będzie w tym uczestniczyć publiczność, odpowiedzi w stylu: „Ależ mnie to w ogóle nie interesuje! Wcale sobie nie zadaję takich pytań!” są nieco nie na miejscu. Bo skoro to pytanie zostało zadane, to może dobrze by było spróbować na nie po prostu odpowiedzieć. Z szacunku dla pytającego i zgromadzonych. Jedna z pań na widowni zadała w pewnej chwili długie i interesujące pytanie. Dehnel próbował na nie odpowiedzieć, zaś Papużanka nie dość, że chyba nie do końca zrozumiała intencję pytającej, fiksując się na rozróżnieniu, które w pytaniu padło i uznając je za wartościujące, to jeszcze dość nieprzyjemnie powiedziała, coś w stylu: „zapewniam panią, że są osoby, które czytają literaturę wyżej niż pani…”.
dehnelAle może po prostu przy Dehnelu każdy wypada gorzej (zapamiętać, nie wypowiadać się publicznie przy J.D.).
Mimo że nie po drodze było mi dotąd z powieściami Jacka Dehnela – Lalę zaczynałam pięć razy i nigdy nie skończyłam – a cenię go za felietony, teksty, które umieszcza w internecie i książkę o książkach, to chyba poza Dziennikiem roku chrystusowego, który czeka na mnie obok łóżka, przeczytam przynajmniej Krivoklat.

Coś, o czym sam autor pisze, odpowiadając na tekst Krzysztofa Vargi w taki sposób, że wydaje mi się dziełem stworzonym dla mnie:

Okazuje się bowiem, że można dwieście trzydzieści stron wyrzucić z siebie na ciężkim wkurwie, że można w każdym bez mała zdaniu ociekać szczerą, głęboką, przeżytą i skondensowaną niechęcią do mediów, edukacji, Renoira, trzeciorzędnych eseistów, lekarzy-psychiatrów, itepe, itede, a pisarz Varga i tak oczyma duszy swojej nie tekst zobaczy, nie zawartość jego faktyczną, ale zawodowego, kurwa mać, dandysa, który w jebanym szapoklaku i w pierdolonym surducie siedzi przy eleganckim biurku, podczas gdy pani Róża gra Chopina, oczywiście na klawesynie, słowik w złotej klatce trele w błękit posyła, a to wszystko tonie pod zwałami lukru. Albowiem trudno mnie podejrzewać o złość. Krzysztofie Vargo, podejrzewaj.*

A może i inne jego książki przeczytam z rozpędu.

Kiedy miałam osiem-dziewięć lat w kółko wałkowałam na magnetofonie kasetę Smoleń na chorobowym. Do czasu, gdy wsłuchując się dokładnie, usłyszałam w trakcie oklasków skargę jednego z występujących (wydaje mi się, że to był Laskowik) na wydechu: ja już nie mogę... Wówczas przestała mi się nagle ta kaseta podobać.
Jako słuchacze czy widzowie chcemy, by ktoś na scenie przynajmniej dobrze udawał, że jest przygotowany i jest tu dla nas. By z chwilą wejścia na deski, zostawiał swoje problemy i znużenie, i dawał z siebie wszystko.
Kiedyś obserwowałam Mariusza Szczygła, który miał poprowadzić spotkanie z dość wymagającą grupą. Przyjechał prosto z lotniska, po dwóch godzinach snu. Powiedział, że potrzebuje kwadransa, by stanąć na nogi. A potem wszedł na scenę i zaczarował publiczność. Nikt nawet nie podejrzewał, że ma przed sobą zmęczonego człowieka, który marzy o tym, by odsapnąć. To jest profesjonalizm. Z takimi ludźmi świetnie się pracuje i bosko ich ogląda. Ale nie każdy tak potrafi. Czasem ludzie nie mają pomysłu na rozmowę i wydaje im się, że wystarczy przygotować ze dwa pytania, a dalej jakoś pójdzie. Zdarza się, że idzie, ale tylko wtedy, gdy zaprosimy sobie takiego samograja jak Mariusz Szczygieł albo Maria Czubaszek. Najsmutniej jest jednak, gdy ktoś kładzie temat dający ogromne pole do popisu.

BUNT CZYTELNIKÓW
Zaznaczyłam grubą czerwoną kreską spotkanie opisane: Coraz więcej kampanii czytelniczych, coraz agresywniejsza promocja. Książki jako produkt, literatura jako towar. Dlaczego czytamy coraz mniej? Rozmawiają: Renata Kuryłowicz, Konstanty Kot Przybora, Roman Bielecki OP i Anna Król.
buntczytNa co dzień zajmuję się promocją prasy, a prywatnie promocją czytania i myślenia, można więc sobie wyobrazić jak bardzo cieszyłam się na takie spotkanie. Wyobrażałam sobie rozmowy o czytelnikach, którzy się zbuntowali i wracają do czytania literatury Young Adult i rozważania z czego to może wynikać. O tym jak się promuje książki zagranicą i gdzie to się świetnie udaje, jakie wzorce fajnie by było do Polski przenieść. O badaniach czytelnictwa, ciekawych projektach z tym związanych, o tym jak zmieniał się polski i światowy czytelnik w ciągu ostatnich X lat, co możemy sami zrobić, by propagować czytanie. Liczyłam na opowieści o klubach dyskusyjnych, roli internetu, roli znajomych, analizę wyników ankiety, którą nie tak dawno przeprowadziło Lubimy Czytać z Polską Izbą Książki. Liczyłam na opowieści z punktu widzenia wydawców i szefa znanej agencji reklamowej, a zmarnowałam półtorej godziny życia.

Mam wrażenie, że prowadząca po prostu nie miała pomysłu na tę rozmowę. Być może była zajęta przygotowywaniem całego festiwalu i nie starczyło jej czasu, by porządnie przemyśleć, co nowego i fajnego można w tym temacie powiedzieć. Konstanty Kot Przybora ma z pewnością ogromną wiedzę, ale nie jest dobrym mówcą i zachowywał się raczej jak zaproszona do tv gadająca głowa, ekspert, który nie musi się specjalnie wysilać, bo jest ekspertem. Pytania prowadzącej były słabe, ale może gdyby goście się znali i dyskutowali ze sobą, nie byłoby tak źle. Mnie w każdym razie nie zadowala pięciominutowy wywód o wymianie paciorków i rozwoju handlu, zakończony stwierdzeniem, że wszystko jest rynkiem. Wszystko jest rynkiem to dobry punkt wyjścia do dyskusji, a nie interesująca odpowiedź na jakiekolwiek pytanie.

Był niejaki potencjał w interakcji szalenie sympatycznego Romana Bieleckiego OP i Renaty Kuryłowicz, ale gdy tylko miałam nadzieję, że wywiąże się jakaś dyskusja, prowadząca zmieniała temat i zadawała kolejne nudne i ograne pytanie. A przynajmniej o Renacie Kuryłowicz wiem, że jest bardzo interesującą osobą, która ma mnóstwo fajnych rzeczy do opowiedzenia. Zerknijcie choćby na ten świetny wywiad Karoliny Sulej w WO.
To mogło być naprawdę zajmujące i pouczające spotkanie. Taka szkoda!

*J. Dehnel na facebooku, 10 czerwca 2016

4 comments on “Big Book Festival 2016. Sobota
  1. Jest coś smutnego w fakcie, że w trudnych dyskusjach w Polsce (i to nie tylko w kwestii czytelnictwa) padają wciąż te same nudne pytania i często nudne odpowiedzi. Taki trochę kot biegający w kółko za własnym ogonem.

    Na całe szczęście na BBF było jeszcze sporo fajnych spotkań!

    • Żałuję, że nie wybrałam innego :)

      Bardzo bym chciała znaleźć odpowiedź na pytanie, jak skutecznie popularyzować czytanie.
      Przez chwilę sądziłam, że nie ma co dramatyzować, czytanie to nie jest rozrywka dla mas, ale gdy widzę wyniki badań z innych krajów, to mi smutno. Bo najwyraźniej można sprawić, by czytała większość. Szkoda, że nie tu.

      • Jeżeli to było Twoje jedyne spotkania, to faktycznie niefortunnie trafiłaś.

        To jest bardzo trudne pytanie, ale chyba niestety jest tak, że w Polsce to nie będzie rozrywka dla mas. Przynajmniej jeszcze długo. Co oczywiście nie oznacza, że nie należy próbować tego zmienić. Bez oczekiwania cudów z dnia na dzień.
        I tak sobie myślę ostatnio… czemu ktoś może zrobić głośną kampanię kakao a z czytelnictwem jakoś tak nie bardzo. ;)

  2. „Wszystko jest rynkiem” a słońce wschodzi na wschodzi a zachodzi na zachodzie… Faktycznie odkrywcza myśl, co nie zmienia faktu, że jest prawdziwa. Ale żeby to wiedzieć nie trzeba wsłuchiwać się w głos, pożal się Boże, ekspertów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *