Alice Munro. Zbyt wiele szczęścia

IMG_6845aNie jest nawet pewna, czy ją przeczyta. Czekają na nią jeszcze dwie dobre biografie, które bez wątpienia znacznie bardziej odpowiadają jej gustom (…) to zbiór opowiadań, wcale nie powieść. A więc od razu na wstępie rozczarowanie. Opowiadania wydają się umniejszać rangę książki i autora, czyniąc z niego nieomal debiutanta, pukającego nieśmiało do wrót Literatury, nie zaś dojrzałego pisarza.*”
To cytat z samej Munro i w zasadzie opis mojego nastawienia przy pierwszym kontakcie z autorką.

Tym razem jednak było inaczej. To zbiór napisany prawie dwadzieścia lat później niż „Przyjaciółka z młodości”, który był moim pierwszym z Munro kontaktem.
Byłam bardzo ciekawa jak rozwinęła się autorka przez te lata, zwłaszcza po tym, gdy zbiór napisany w 1990 oceniłam na: „dobre, ale chyba Nobel byłby przesadą”, a Munro chwilę później tego Nobla dostała.
W ten tom wsiąkłam od pierwszego zdania. Czytało mi się rewelacyjnie, bynajmniej nie z powodu Nobla. Wszelkie nagrody i uznanie ogółu zwykle jeszcze nasilają mój krytycyzm i jeszcze nigdy nie powstrzymały mnie przed trzeźwym analizowaniem własnych odczuć na dany temat.

Munro świetnie opisuje relacje między ludźmi, w jej historiach ważne są detale, zarówno te dotyczące uczuć czy charakterów bohaterów, jak i te związane z elementami stroju czy zainteresowań przedstawionych postaci. Taki sposób pisania wspaniale buduje nastrój. Człowiek staje się uważniejszy, śledzi najdrobniejsze szczegóły czytanych historii, by kończyć często w stanie zawodu z gatunku „och, to już? koniec teraz? chcę jeszcze.”
Płynęłam przez tę książkę zachwycona, aż dotarłam do opowiadania o człowieku zajmującym się wycinką drzew i tam drobiazgowe opisy gatunków drzew i rodzajów drewna zaczęły mnie irytować. Kiedy biorę do ręki książkę Munro, mimo tego, że cenię to powolne wprowadzanie w klimat, w którym wszelkie niuanse są istotne, najbardziej jednak chcę „mięsa”, chcę emocji, chcę ludzi, a nie drewna. Opisy ominęłam, dalej było tak dobrze jak wcześniej.

O ile w „Przyjaciółce z młodości” bohaterowie Munro podejmowali decyzje związane z wyborami mającymi zaważyć na ich przyszłości, w tomie „Zbyt wiele szczęścia” są dużo częściej konfrontowani z przemijaniem, z chorobą, śmiercią, odchodzeniem. A jednak, choć to tematy które mogłyby bardzo wpłynąć na klimat historii, zdarzają się niejako przy okazji. Munro skupia się przede wszystkim na życiu.
Według mnie tom zawiera opowiadania dużo ciekawsze niż ten, który czytałam poprzednio. Paradoksalnie jednak opowiadanie tytułowe, zostawione na koniec, jako smakowity kąsek, potwornie mnie znudziło i zwyczajnie go nie doczytałam. Nie wiem, może to kwestia tego, że łatwiej mi wierzyć autorce, gdy pisze o czasach bardziej jej współczesnych. Wiem, że ludzie i relacje między nimi wcale się tak bardzo z czasem nie zmieniają, więc pozornie umiejscowienie opowieści w danym okresie nie powinno mieć znaczenia, ale czuć tu jakąś sztuczność. Reszta zbioru świetna.

*”Zbyt wiele szczęścia” Munro, strona 71.

Alice Munro
Zbyt wiele szczęścia
Wydawnictwo Literackie 2009

Share

One Comment

  1. ikroopka Reply

    Munro jest na szczęście, na moje szczęście, bo wreszcie mogę sobie do woli poczytać opowiadania;)
    Dobre, z klimatem niejednokrotnie nawiązującym do amerykańskiej Wielkiej Czwórki, w moim odczuciu.
    To, co mnie w jej książkach najbardziej zachwyca, to brak sensacji, spektakularnych fabuł/rozwiązań/ point.
    Pewnie, że jest nierówna, ale nigdy nie schodzi poniżej poziomu, który nazwałabym dobrym;)
    Brak mi dobrej, obyczajowej literatury, nie sensacyjnej, kobiecej w pozytywnym słowa znaczeniu, nie tylko dla trzydziestolatek;
    czegoś bardziej uniwersalnego i, przepraszam za wyrażenie, nie tego, co dawniej nazywano ‚dla kucharek’, a czym, niestety, zawalone są nasze księgarnie.
    Pozdrawiam:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *